*

15.05.2011 r. A Klasa (Kraków II): Garbarnia II Kraków – Victoria Kobierzyn (Kraków) 6:0 (0:0)

Tego dnia piłkarski Kraków żył zupełnie innym meczem. Niemal wszystkich kibiców elektryzowały 183. Wielkie Derby Krakowa przy Reymonta. Niemal wszystkich … bo bynajmniej nie mnie. Nie mój świat, nie mój klimat, nie moja bajka… Zdecydowanie wole wizyty gdzieś na zapleczu „wielkiej piłki” (choć znawcy futbolu przyznają że poziomowi naszej rodzimej Ekstraklasy też daleko do wielkości), gdzie komercjalizacja, pieniądze i „modern football” nie wyznaczają trendów, a atmosfera lokalnego folkloru sportowego pozwala poczuć o co tak naprawdę chodzi w piłce nożnej i jak wygląda duch sportu.
Dzień zapowiadał się wyjątkowo parszywie, głównie za sprawą pogody. Wiedziałem o tym wcześniej również i ja, ale mimo wszystko rano nic nie wskazywało że będzie to ulewna niedziela. W każdym razie już wcześniej zaplanowałem że bez względu na pogodę i tak wybiorę się na mecz i że będzie to akurat ten mecz. Dlaczego? Powodów wiele. Zerkając parę dni wcześniej w terminarze szukałem spotkania które odbędzie się w godzinach nie kolidujących z derbowym szaleństwem i pozwoli przetrwać mecz w miarę suchym. Padło na Garbarnie, no bo stadion blisko, mecz o godz. 11 (co już jest chyba tradycją w tym klubie) no i w miarę przyzwoity komfort który gwarantowała kryta trybuna. Tak więc odwrotu nie było.
Jeszcze kilka minut przed wyjściem biłem się z myślami czy aby na pewno warto zabrać parasol. Wszystkie prognozy świata przepowiadały ulewę, ale ja patrząc w niebo nie za bardzo byłem w stanie w to uwierzyć, no ale jednak uwierzyłem synoptykom. Jak przystało na pochmurną niedziele, miasto wyludnione. W dodatku z okazji derbów, zapewne wiele osób wolało sobie darować spacery po mieście. Droga na stadion nie daleka więc kilkanaście minut później siedziałem już pod trybuną krytą stadionu Garbarni w oczekiwaniu na pierwszy gwizdek. Biletów oraz jakiejkolwiek opłaty za możliwość oglądnięcia spotkania – brak. Co wcale nie jest tak oczywiste, nawet w tak niskiej lidze. Wszak klub też musi na siebie zarobić, ale dla Garbarni priorytetem jest pierwsza drużyna występująca w III lidze.
Stadion Dumy Ludwinowa przy ul. Rydlówka miałem okazje wizytować już wielokrotnie, ale nigdy nie byłem na meczu rezerw Garbarni. Jest to obiekt dość specyficzny, głównie ze względu na panującą tu atmosferę i klimat dawnego Ludwinowa z którego pozostało już niewiele. Niby prawie centrum miasta, a człowiek czuję się jak na podmiejskich peryferiach wiele lat temu. Wszystko dzięki otoczeniu i miejscowym kibicom w którzy są dowodem dawnej dzielnicy, która dziś niemal całkowicie zginęła w gąszczu blokowisk, apartamentowców oraz nieużytków. Sam obiekt nie zachwyca, ale jak na realia A Klasy to trudno o lepszy. Minusem jest na pewno skomplikowane dojście od ulicy (choć na meczach rezerw można to zrobić w prosty sposób unikając wędrówki przez tereny magazynów), dość dziwne umiejscowienie sektora dla gości przez który wchodzą na boisko zawodnicy i sędziowie oraz spora odległość budynku klubowego od boiska. Plusy to spore trybuny (około 5 tys.) z trzech stron boiska, w większości z ławkami i niewielkim zadaszonym fragmentem. Stadion jest typowo piłkarski, brak bieżni i tego typu wynalazków sprawia że trybuny są blisko boiska co ułatwia oglądanie meczu. Ogólnie stadion prezentuje się całkiem przyzwoicie jak na warunki polskich niskich lig. Na trybunach zasiadło tego dnia w porywach 50 osób. Niemal wszyscy schowali się pod dachem, gdyż zaraz po rozpoczęciu meczu zaczęło konkretnie padać. Większość publiki to „starzy wyjadacze” w wieku emerytalnym, którzy nie przepuszczą żadnego meczu Garbarni, znają wszystkich zawodników, rywali i tabelę na pamięć. Do tego zaliczyć można kilku/kilkunastu sympatyków gości (którzy na stadion również nie mieli daleko) oraz osoby które w miej lub bardziej przypadkowy sposób dotarły na stadion aby zobaczyć mecz. Generalnie można wysnuć tezę że na mecze niskich lig chodzą tylko koneserzy lub osoby które trafią tam przez przypadek ;) No bo jaki można mieć inny powód aby oglądać zmagania w ósmej klasie rozgrywkowej ? No ale ilu widzów – tyle powodów. Mniejsza o motywacje. Tematem rozmów na trybunach były przede wszystkich dzisiejsze derby. Kibice prześcigali się w teoriach i analizach, co ciekawe, większość obstawiała remis. Poza tym jak to często bywa na Garbarni, wiekowi panowie wspominali czasy świetności klubu. Osobiście uwielbiam te historie gdyż Garbarnia to klub wielce zasłużony, ale również pokrzywdzony przez komunistyczne władze. Do dziś wielu kibiców nie może przeboleć starego stadionu który wysadzono w powietrze, aby w jego miejscu wybudować hotel, który dziś służy już tylko za największy baner reklamowy w mieście. Oprócz tego poruszano tematykę III ligi, lecz nie w kontekście wczorajszej porażki pierwszej drużyny, ale pytano o wyniki innych drużyn. Poza tym dyskutowano o kiepskiej sytuacji piłkarzy Wawelu Kraków, którzy na znak protestu oddali mecz walkowerem, oraz pojawiały się plotki o wycofaniu juniorów Bronowianki z rozgrywek z powodów finansowych. Ogólnie tematyka lokalnej piłki była tego dnia na ustach garstki widzów.
Ze sportowego punktu widzenia należy wspomnieć iż nie był to żaden klasyk ani mecz na szczycie tabeli. Rezerwy Garbarni to drużyna z górnej części środka tabeli, natomiast Victoria okupuje końcówkę średniaków. Oba zespoły bez szans na awans oraz spadek. Jednak niskie klasy rozgrywkowe różnią się tym od wielkich lig, że mimo wszystko mało tutaj nudnych meczów „o pietruszkę” i kunktatorstwa. Początek nie zapowiadał się ciekawie. Pierwszy kwadrans to kopanie się po czole i nuda. Odnosiło się wrażenie że wszyscy czekają na deszcz, gdyż akurat w futbolu jest to pewniak ożywienia gry. I tak też było. Piłkarze zaczęli nieśmiało szukać okazji i oddawać strzały. W tym aspekcie aktywniejsza Garbarnia ale większość gry toczyła się w środkowej strefie boiska i żadna z ekip nie wypracowała sobie wyraźniej przewagi. Do pauzy zasłużony remis. Druga połowa zupełnie inna, gospodarze od razu ruszyli do ataku. Co zaprocentowało karnym, który w ocenie większości widzów i moim był „z kapelusza”. Pewne wykonanie i 1:0. Kwadrans później po pięknym woleju było już 2:0. Do straty drugiego gola Victoria grała poprawnie, a mecz był raczej wyrównany. Jednak od tego momentu goście całkowicie się posypali. Nie wiem czy zabrakło im sił czy wiary w sukces, ale kolejne dwie bramki wpadły niemal zaraz po sobie. Piąty gol to efekt ewidentnej ręki w polu karnym. Zawodnik gości postanowił się zabawić w bramkarza i wybił piłkę która pewnie zmierzała do bramki, w efekcie czego wyleciał z boiska z czerwoną kartką na koncie. Jedenastkę wykorzystał… bramkarz gospodarzy ;) Szósta bramka to już egzekucja. Obrońcy Victorii stali jak tyczki obserwując jak gospodarze w dość nieporadny sposób próbują umieścić piłkę w siatce. Zaraz po tym sędzia zagwizdał po raz ostatni, a zawodnicy biegiem udali się do szatni jakby obawiali się deszczu który i tak zdążył ich przemoczyć do suchej nitki. Wynik na pewno nie odzwierciedlał całego przebiegu spotkania. Przez prawie 2/3 meczu gra była raczej wyrównana. Druga bramka odebrała gościom ochotę do gry i worek się rozwiązał. Również i ja bardzo szybko ewakuowałem się ze stadionu , skacząc pomiędzy kałużami i dziękując w duchu że jednak zdecydowałem się zabrać parasol :) Nad głową, gdzieś między chmurami huczał policyjny helikopter, przypominając że za niespełna dwie godziny kolejne derby…

zgłoś nadużycie
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował
Dodaj swój komentarz:

krakowski_sport

krakowski_sport

X Miejsce w rankingu

Interesuje się krakowskim sportem. Zwłaszcza tym z niższych lig, który zazwyczaj nie gości na czołówkach gazet, nie interesują się nim kamery ani błyskające flesze. Dzięki temu jest bardziej prawdziwy, nie zepsuty przez komercje i pieniądze. Prawdziwy sport.