Nie od wczoraj poziom edukacji w polskich szkołach sprawia, że włos mi się jeży i nóż w kieszeni się otwiera. Nie mówię tu o pracy nauczycieli, bo wiem, że są tylko niewielkimi trybikami w wielkiej machinie Ministerstwa.
Nie mniej jednak, nauczyciel to powołanie. Trzeba czuć potrzebę i chęć do kształtowania umysłów, charakterów i często światopoglądów wychowanków. Dziś nauczyciel nie jest autorytetem, rzadko ma szacunek uczniów. Pytanie: czy to wina nauczyciela, ucznia, czy rodziców. Oczywiście, prawda leży, tam gdzie leży, jak mawia tegoroczny Srebrnousty Karpiniuk, czyli dokładnie pośrodku. Nauczyciel nie może narzekać na to, że nie jest autorytetem, bo na ten tytuł zasługuje się pracą, postawą, konsekwencją itp. (tak samo jak na szacunek). Ale jak ma na to zapracować, kiedy uczniowie za nic mają jego zdanie, uwagi i wolą nagrać na telefonie wkładanie wiadra na głowę, niż posłuchać, co ma do powiedzenia nauczyciel. A jak uczniowie mają mieć szacunek do nauczyciela, kiedy w domu, z ust rodziców słyszą narzekanie na niekompetencje kadry pedagogicznej, obwinianie jej za złe zachowanie dziecka w domu (bo przecież w szkole siedzi cały dzień i stamtąd przynosi ten wandalizm). A jak nauczyciel ma się nie wściekać na rodziców, kiedy ci, przychodząc na wywiadówki (o ile w ogóle się pojawiają), bronią zaciekle swojej pociechy, nawet jeśli ta nałoży kubeł na głowę nauczyciela.
Kiedy zaczęło się takie rozbestwienie? Moje obserwacje wskazują jasno na jeden moment- POWSTANIE GIMNAZJUM. Dlaczego akurat wtedy, moim zdaniem, nastąpiło do degradacji obyczajów szkolnych? Ano sprawa jest całkiem prosta i gdyby znali ją ci, którzy wpadli na pomysł podzieleni systemu edukacji, zastanowiliby się 3 razy, zanim podpisaliby papiery.
Początek gimnazjum to, na stary system przeliczając - VII klasa. A co się wtedy dzieje z ciałem i psychiką młodego człowieka? Jesień średniowiecza!!! Dziewczyny zaczynają poważniej interesować się chłopakami, a dokładniej seksem. Gdyby były od IV do VIII klasy w tej samej szkole, w tym samym środowisku, wśród tych samych nauczycieli i znajomych z korytarza, nie musiałyby się pucować, sztafirować, popisywać, by się pokazać. Przecież i tak każdy je zna, mają już swoją pozycję w społeczności kolegów szkolnych. Wrzucone w nowy budynek, między nowych ludzi (szczególnie chłopców i to starszych), muszą od nowa budować swoją pozycję, wywalczyć miejsce w szeregu. Jak tego dokonać? Zapalić, popić piwem (co najmniej) pomalować usta i oko, dokleić tipsy i modnie się ubrać. Bo przecież nie zaimponują chłopakom w zeszłorocznych butach bez obcasa, albo o zgrozo odrobionymi lekcjami!
Teraz chłopcy- mniejsi, wolniej dojrzewający niż dziewczyny, chętniej by poganiali za piłka niż za warkoczem (a przecież już nawet nie ma warkoczy, tylko tapiry) Chuderlaki, z których zaczynają się podśmiewać starsi. No i trzeba pokazać, że nie jest się słabym. Jak tego dokonać? Przypakować, wybić szybę na polecenie, opluć nauczyciela, pyskować na potęgę i nie dać sobą rządzić.
Oczywiście, niektórzy się uczą, a owszem. Słychać to chociażby w tramwajach i kolejkach w supermarketach. Do czego zmierzam? Podam przykład:
W kolejce do kasy w Lidlu rozmawia para gimnazjalistów.
Chłopak: Oglądałaś "Pana Wołodyjowskiego" Sienkiewicza?
Dziewczyna: Coś oglądałam, ale chyba to był "Potop".
Chłopak: No bo "Pan Wołodyjowski" to jest to, co on się potem na końcu wysadza, a "Ogniem i mieczem" to jest to, gdzie Olbrychski jest już stary i gra tego takiego starego przywódcę.. tych, no..... Jak im tam było? Kozaków chyba...
Dziewczyna: KOZAKÓW? Hahah, ale zawsze kozaki lepsze niż ku*** klapki!
Dobrze, że chociaż chłopak co nieco wie, choć nie wiadomo, czy przeczytał książkę.
Inny przykład niedouczenia, ignorancji edukacyjnej to wyniki sondażu, jaki przeprowadził Instytut Chopinowski w małopolskich gimnazjach, w ramach Roku Chopinowskiego. Pytano oczywiście o polskiego kompozytora. Ku zaskoczeniu badających, na ponad 200 uczniów, tylko 10% potrafiło DOPASOWAĆ Chopina do dziedziny sztuki, jaką uprawiał !!!!!
Zastanawiam się, gdzie leży przyczyna takiej ignorancji i płycizny intelektualnej młodych Polaków? Też miałam niedawno te naście lat, nie byłam kujonem, należałam raczej do grupy rozrywkowej ;) Ale miałam też swoje zainteresowania, koniki, w których byłam dobra. Owszem, olewałam matmę czy fizykę, ale za to zatapiałam się w literaturze holocaustu, co mnie skierowało do języka polskiego i historii.
Zaraz powiecie, że staję się zgorzkniałą starą zrzędą, która nie rozumie młodzieży. No nie rozumiem, jak można tak marnować czas i możliwości, jakie dziś mają. Ja nie miałam internetu, kablówki, mp3, a pierwszą komórkę kupiłam sobie w IV kl liceum. Może to właśnie jest problem... za dużo dobrodziejstw i młodzież nam się rozbestwiła.
Może trochę hiperbolizuję, ale wiem, że piszę o większości... niestety.
Kształcimy idiotów?
Aleksandra Parz...
X Miejsce w rankingu
- Artykuły: 743
- Wpisów na blogu: 85
- Komentarzy: 400
- Miejsc na mapie: 206


tylko rozwój technologiczny, czyli środki masowego przekazu, komputerowe gry "mordowanki", w których można mieć kilkadziesiąt żyć oraz brak opieki zapracowanych rodziców i wiele innych drobniejszych przyczyn, jest odpowiedzialne za wychowanie młodzieży. Na dodatek kretyńska ustawa o nie karceniu dzieci spowodowała, że nie można im przylać pasem, bo się poskarżą. Za przestępczość młodzieży, jak i dorosłych, odpowiedzialność ponosi zbyt liberalne prawo, w którym winna jest ofiara, a nie napastnik. Bezkarność młodzieży, przekłada się na ich złe zachowanie, w którym panuje przekonanie, że jestem młody i wszystko mi wolno. Niestety nie powrócą już tamte czasy, kiedy młodzież była normalna. Teraz jest zbuntowana i niechętna do nauki, no bo po co się uczyć, jak i tak nie ma pracy?
Poza tym na wszelkie dobra trzeba ciężko pracować, a to zbyt długa droga do osiągnięcia celu, więc młodzież woli ukraść niż na to zapracować. Chcą być zauważani, to też stosują różne metody, nie zawsze zgodne z prawem, a efekty ich działalności, możemy śledzić dzięki środkom masowego przekazu. Niestety zdobywają sławę, ale od tej złej strony i to się już nigdy nie zmieni. Na ten temat można by napisać powieść, ale jaki to ma sens, skoro oni jej i tak nie przeczytają?
Sądzę, że problem jest w tym, że wykształcenie (cokolwiek rozumiemy pod tym słowem) nie zajmuje zbyt wysokiego miejsca na liście priorytetów u młodych (i nie tylko) ludzi. Nie mówię o papierku, bo takowy można zdobyć praktycznie nie posiadając żadnej wiedzy. Ale o tym, że dla ludzie nie jest ważne to, czy posiadają jakąś wiedzę na jakikolwiek temat - choćby taką zdobytą dzięki różnym zainteresowaniom czy pasjom. O takiej takiej ogólnej, szkolnej to już nie ma co marzyć.
Brak czytania lektur w całości też robi swoje. Nawet na poziomie podstawówki teraz dzieciaki czytają jakiś wybrany rozdział tego co w naszym dzieciństwie czytaliśmy w całości. To co się potem można dziwić że młodzież nie wie "o co tam chodziło". Druga sprawa to czytanie ze zrozumieniem... z tym jest coraz gorzej.
Natomiast nauczyciele są różni, wiem że są tacy którzy wzbudzają szacunek... inni strach... a jeszcze inni śmiech i politowanie. Ale to zależy właśnie od ich samych, od tego jaki mają stosunek do ucznia.
A z lepszych wypowiedzi to jak miał na imię Wojski? Natenczas!
Byłem też świadkiem czegoś takiego:
Nauczyciel: "Jakie trzy postacie były uczestnikami konferencji w Poczdamie?"
Uczeń zerkając do książki: "Stalin i Churchill (z tym że przeczytał to fonetycznie jako "hurhil").
Ktoś z klasy więc podpowiada teatralnym szeptem: "czerczil"
Uczeń wiec szybko poprawia się "Był to Stalin, "czerczil" i "hurhil"!