*

NOWA ZELANDIA: Wyspa Południowa

Dodane 2009-11-03 04.16, komentarzy 0 - dodaj komentarz Miejsce: Kraków Tagi: nowa zelandia podroze oceania

Marlborough Sounds


Na Wyspę Południową popłynęliśmy promem, pomiędzy malowniczymi wyspami regionu Marlborough Sounds.
Do portu w Picton dotarliśmy po 3 godzinach. Stąd chcieliśmy pojechać do Nelson, gdzie mieliśmy spotkać się ze znajomymi, Peterem i Rinny, których poznaliśmy w RPA, a którzy zaprosili nas do siebie. Ku naszemu zaskoczeniu miasto było jednak jak wymarte, a ostatni (jedyny) autobus odjechał parę godzin wcześniej. Stojąc na pustej ulicy nie wierzyliśmy, że uda nam się złapać stopa, ale na szczęście się myliliśmy. Mężczyzna, który nas zabrał musiał co prawda najpierw odebrać swoją żonę z Blenheim, leżącym w przeciwnym kierunku, ale nic to –ważne że w końcu dotarliśmy do Nelson. Przy okazji po drodze zobaczyliśmy też piękne krajobrazy i liczne winnice. W Nelson zadzwoniliśmy do Petera i zaczekaliśmy w barze, aż odebrał nas po jakiejś godzinie. Mieszkali, jak się okazało na cudownym odludziu w pobliżu Mapua, z kilkoma tylko domami w zasięgu wzroku, na pagórku z widokiem na sady, winiarnie, ocean i góry. Coś pięknego!
Spędziliśmy tu kilka wspaniałych, sielskich, pogodnych dni.
Peter zabrał nas do miasteczka Motueka, a Rinny do muzeum ‘sztuki przeznaczonej do noszenia’ i na wystawę starych samochodów w Nelson. Namówili nas, byśmy po powrocie z Parku Narodowego Abel Tasman wpadli jeszcze na dzień lub dwa. Bez zastanowienia się zgodziliśmy.
W międzyczasie zarezerwowaliśmy sobie w Departamencie Konserwacji dwa noclegi w chatkach na trasie w Abel Tasman (bez rezerwacji nie da się w zostać na noc w Parku ani w schroniskach ani na polu namiotowym).


Abel Tasman


Park Narodowy Abel Tasman to miejsce, o którym marzyliśmy już od dawna. Nie rozczarowało nas ono ani trochę, a wręcz przeciwnie. Jest to park położony wzdłuż brzegu morskiego nad zatokami Golden Bay i Tasmana., a przybrzeżny szlak wiedzie raz przez las na wzgórzach, a raz przez plaże. Jest to bardzo lekka trasa, ale naprawdę ciężko zmusić się do ruszenia z miejsca, kiedy co kilka minut wzrok przykuwa jakiś piękny widoczek, zapierający dech w piersiach, od którego nie sposób się oderwać. Chciałoby się usiąść na kamieniu i nie ruszać do zmroku, a nocą kontemplować niebo pełne gwiazd i te specyficzne zapachy mchu, paproci i czego tam jeszcze… Nie do opisania słowami.
Pierwszego dnia wyruszyliśmy z Marahau i doszliśmy do Anchorage. Droga była piękna, najpierw przez estuarium pełne ptaków i ryb, porośnięte częściowo szuwarami, później przez las, kilka cudnych punktów widokowych i plaży. Na noc zatrzymaliśmy się w prostej chatce (bez prysznica i temu podobnych luksusów, ale z toaletami i pitną wodą) przy samej plaży w Anchorage. Chaty są świetnie utrzymane przez Departament Konserwacji. Ta składała się z dwóch pomieszczeń z podwójnym podestem i materacami dla 24 osób oraz z kuchni, wyposażonej w stół i mały piecyk do ogrzania się. Nie ma koszy na śmieci, gdyż wszytki odpadki trzeba wynieść ze sobą poza park. Jest faktycznie bardzo czysto. Nie ma też rzecz jasna żadnych sklepów, jedzenie i cały ekwipunek też trzeba więc mieć ze sobą. Obok znaleźliśmy szopę z drewnem, więc wieczór spędziliśmy przy ognisku piekąc jabłka, licząc gwiazdy i nasłuchując morza. Wspaniały dzień i równie wspaniały wieczór! Rano wybraliśmy drogę na skróty, co umożliwił odpływ. Trzeba było co prawda przejść przez kilka strumyków, a woda była lodowata, ale przynajmniej poczuliśmy, że żyjemy. No i zyskaliśmy jakąś godzinę. Doszliśmy do Bark Bay, skąd łódką (tzw. wodną taksówką) popłynęliśmy do Totaranui, i stamtąd dalej pieszo do Whariwharangi, gdzie zostaliśmy na noc w podobne chatce jak poprzedniego dnia. Droga do Bark Bay przypominała tą do Anchorage i była przepiękna. Musieliśmy między innymi przejść przez wiszący most, z którego rozciągał się malowniczy widok na dolinę rzeki Falls. Widoki z łodzi były tak samo śliczne, widzieliśmy wyspę fok i piękne wybrzeże od strony morza. Za to droga do Whariwharangi okazała się jeszcze bardziej niesamowita! (Choć trudno nam w to było uwierzyć). Szlak był całkiem pusty, tak samo jak mijane łąki i plaże. To fantastyczne uczucie być tylko we dwójkę na olbrzymiej, bajkowej plaży. Choć muszę się poprawić: raz towarzyszyła nam foka pływająca wzdłuż brzegu oraz kilka razy biało – czarne ptaki, zawsze w parach, śpiące na jednej nodze na piasku. Przed snem znowu paliliśmy ognisko, choć za jakiś czas do wnętrza zagonił nas deszcz. Padało przez całą noc, także następnego dnia brodziliśmy w błocie, ale nic nie mogło zakłócić naszej euforii bycia w tym przecudownym miejscu. Wróciliśmy do Totaranui, tym razem szlakiem tzw. śródlądowym – z pięknymi widokami rozciągającymi się z wyższych wzniesień, a stamtąd łódką wróciliśmy do Marahau. Po drodze widzieliśmy jeszcze albatrosa, bardzo imponujące ptaszysko.
Te trzy dni spędzone w Abel Tasman były niezapomniane. Spełniło się nasze kolejne marzenie.
Po powrocie z Parku spędziliśmy jeszcze świetny wieczór u Rinny i Petera. Następnego dnia wyruszyliśmy autobusem do Blenheim, a stamtąd złapaliśmy stopa do Kaikour’y.


Kaikoura


Do miasteczka tego przyjechaliśmy by zobaczyć wieloryby. Nie udało nam się co prawda wybrać na wycieczkę statkiem, z którego można je podziwiać z bliska (cena 145 NZD za osobę (!) powaliła nas po prostu z nóg), ale zobaczyliśmy je z brzegu. Wynurzały się majestatycznie w oddali by zaczerpnąć powietrza. Zwierzęta te są takie fascynujące. Przesiedzieliśmy parę godzin na kamienistej plaży wytężając wzrok obserwując kaszaloty, które są w wodach Kaikour’y częstymi gośćmi. Rewelacja.
Późnej poszliśmy na długi spacer wzdłuż brzegu, wracając do naszego hostelu przez miasteczko. Kaikoura warta jest odwiedzenia nie tylko ze względu na wieloryby, ale i na naturalne piękno. Jasno niebieskie, spienione fale z hukiem rozbijają się o szeroką i w nieskończoność ciągnącą się plażę z ciemnych kamieni, wyrzucając na nią kawałki gigantycznych wodorostów i najrozmaitsze muszle. Miasteczko jest niewielkie, prowincjonalne i robi wrażenie spokojnego, klimatycznego miejsca żyjącego z morza. Nad nim zaś królują, pokryte podczas naszej wizyty śniegiem, góry sięgające sporo ponad 2000 m n.p.m. Bardzo piękny, elektryzujący widok.
Na drugi dzień wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy zobaczyć kolonię fok z gatunku kotik nowozelandzkich. Pierwszą, malutką zobaczyliśmy z dala od reszty stada, na przeciwnym brzegu zatoki. Spała sobie na krawężniku, tuż przy ulicy. Dobrze, że ruch jest tutaj znikomy. Taka indywidualistka. Reszta jej ziomków wylegiwała się na skałach po drugiej stronie. Ich bardzo sympatyczne pyszczki jakoś nie pasują do tych nieraz ponad dwu – metrowych cielsk i wielkich zębów. Z początku nie łatwo je dostrzec z daleka, gdyż świetnie wtapiają się w otoczenie. Ale jak już się je zauważy, pojawiają się następne. Z koloni fok prowadzi też bardzo malownicza ścieżka po pobliskim wzniesieniu, z której rozciąga się piękna panorama Kaikour’y: małej kropki na tle oceanu i gór.
Jeszcze tego samego dnia zebraliśmy się i wyruszyliśmy do Christchurch. Stopa znowu złapaliśmy prawie od razu.


Christchurch


W Ōtautahi, jak Maorysi nazywają Christchurch, zatrzymaliśmy się znowu w hostelu Base, bo z jego filia w Taupo zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie, tak samo jak niskie ceny i świetna lokalizacja w samym centrum. Byliśmy dość zmęczeni, więc spacer tego wieczoru ograniczyliśmy do Placu Katedralnego i jego kilku przecznic.
Więcej zobaczyliśmy następnego dnia. Zwiedziliśmy Katedrę, trochę zbyt komercyjną jak na nasz gust, Centrum Sztuki, budynki dawnego uniwersytetu z pracowniami artystycznymi i kawiarenkami oraz ogród botaniczny. Przeszliśmy też przez jedną ze starszych dzielnic mieszkalnych w śródmieściu, z okazałymi kolonialnymi domami.
Christchurch wywarło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Życie tutaj wydaje się nie tylko kusząco bliskie wielu cudom natury, ale i aktywne, acz nie za szybkie i bogate w życie kulturalne. Tak nam się przynajmniej wydaje, bo na potwierdzenie naszych odczuć niezbyt wiele mieliśmy czasu - już drugiego dnia odlecieliśmy z powrotem do Auckland.

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

zgłoś nadużycie
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował
Dodaj swój komentarz:

MCLong

MCLong

X Miejsce w rankingu

Od dwóch lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Pasjonują nas podróże, góry, lasy, jeziora i kultury świata. Wkrótce wyruszamy w podróż naszych marzeń: dookoła świata. W 5 miesięcy odwiedzimy 5 kontynentów: Europę, Afrykę, Azję, Oceanię i Amerykę Północną. Dzięki tej wyprawie chcielibyśmy poznać inne spojrzenie na świat, dotknąć, poczuć i zasmakować życia w najdalszych zakątkach świata. Ukłonić się różnorodności kultur i natury, jak i odbyć trekking każdą możliwą trasą przez wszelkie napotkane po drodze góry, wzniesienia i kaniony oraz wykąpać się we wszystkich trzech oceanach. Zapraszamy do odwiedzania naszego bloga i strony internetowej: www.mclong.webs.com