*

NOWA ZELANDIA: Wyspa Północna

Dodane 2009-11-02 03.24, komentarzy 0 - dodaj komentarz Miejsce: Kraków Tagi: nowa zelandia podroze oceania

Auckland

A oto docieramy do Auckland: znów na południowej półkuli, znów w inne j strefie czasowej.
W Nowej Zelandii właśnie zaczynała się wiosna, pogoda była więc wspaniała: przyjemnie ciepła, ale nie gorąca, lekkie, świeże powietrze. Doceniliśmy je szczególnie po dwóch miesiącach w skwarze i wilgoci.
Z lotniska pojechaliśmy autobusem do centrum Auckland, gdzie zatrzymaliśmy się w wielkim, wielopiętrowym hostelu YHA. W pokoju od razu z progu padliśmy na łóżka i odespaliśmy zmęczenie podróżą. Wieczorem i wybraliśmy się na spacer po mieście. Przeszliśmy wzdłuż jedną z głównych ulic: Quenn Street, pełną sklepów, banków, barów, klubów i teatrów. Doszliśmy do portu, gdzie zrobiliśmy zakupy na kolację i zawróciliśmy do hostelu. A nazajutrz wyruszylismy do Rotorua.


Rotorua


Dotarliśmy tutaj wczesnym popołudniem. Zostawiliśmy plecaki w hostelu i od razu poszliśmy na spacer po mieście, by wykorzystać ostatnie godziny światła dziennego. Trafiliśmy do Parku Kuirau, który z daleka wygląda nieziemsko. Co kawałek wydobywają się z ziemi kłęby pary, zasnuwając kurtyną dymu drzewa i krzewy. W zagłębieniach bulgocze wrząca woda lub błoto, wydzielając przy tym specyficzny, silny zapach siarki. Całe miasto i okolice jest bardzo wyjątkowym miejscem, pełnym podziemnych aktywności termalnych. Mieszkańcy wykorzystują je w swych domach, które są naturalnie ocieplane wrzącą w ziemi wodą, a na parze grilluje się w ogródkach. Poza parkiem nie zobaczyliśmy wiele tego dnia, bo szybko zapadł zmrok. Następnego ranka wstaliśmy więc wcześnie i wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. W prawie dziesięć godzin zrobiliśmy duże kółko zaczynając od (znowu) parku Kuirau, przez miasto do jeziora i wzdłuż jego brzegu, kończąc przy Ogrodach Rządowych. Miasteczko jest bardzo ładne i zadbane. Ponad jedna trzecia mieszkańców to rdzenni Maorysi, dzięki czemu ich kultura widoczna jest na każdym kroku. Zwiedziliśmy kilka pięknie zdobionych (głównie rzeźbami i czerwono – czarno – białymi malowidłami, nieraz przerażającymi poprzez twarze z wytrzeszczonymi oczami i wystawionym językiem) maoryskich budynków, takich jak kościół, teatr czy marae – miejsce spotkań. Widzieliśmy też imponującą wojenną łódź (canoe) Waka, kilka niewielkich, prywatnych galerii z płaskorzeźbami i biżuterią z zielonego kamienia Pounamu oraz studia tradycyjnego polinezyjskiego tatuażu. Nad jeziorem obserwowaliśmy stada ptaków i kolejne, fascynujące zjawiska termalne. Ogrody Rządowe zachwyciły nas różnobarwnymi klombami kwiatów, zaprojektowanych w fantazyjne wzory.
Nazajutrz wybraliśmy się do pobliskiego parku Wai – O – Tapu, słynnego ze swojej aktywności geotermalnej. Na początek byliśmy świadkami wybuchu gejzeru Lady Knox, później przeszliśmy 3 – kilometrową trasę cudów termalnych, a na koniec zobaczyliśmy pola wrzącego błota. Przez cały czas padała mżawka, ale nie przeszkadzało nam to w ogóle, ponieważ widoki były spektakularne. Najbardziej spodobały nam się: Szampański Staw (gorące źródło z czerwono – pomarańczowym dnem nazwę zawdzięcza musowaniu, jakiemu towarzyszy wrzucenie do wody piasku), Diabelska Kąpiel (zbiornik z jaskrawo – zieloną wodą), Jezioro Ngakoro (krystaliczna, zielona głębia, otoczona gęstymi lasami) oraz Paleta Artysty (widok na wielobarwne złoża hydrogeologiczne). Okolica jest przepiękna, położona w lasach pachnących wilgotnym mchem i paprociami, a same zjawiska geotermalne po prostu niesamowite! To niesłychane, że tak intensywne, jaskrawe kolory występują w naturze. Coś pięknego. Czuliśmy się jak prawdziwi szczęściarze - móc to wszystko zobaczyć, to wielkie przeżycie. Do końca dnia nie mogliśmy ochłonąć z emocji.
Ostatniego, czwartego dnia w Rotorua, spakowaliśmy się i na wylocie autostrady złapaliśmy stopa do Taupo.


Taupo


Taupo to miasto nad jeziorem o tej samej nazwie. Jak zwykle w hostelu tylko zostawiliśmy plecaki i wyruszyliśmy na zwiedzanie.
Najpierw poszliśmy na spacer po tzw. Księżycowych Kraterach: parku pełnym parujących szczelin w ziemi. Widoki są przepiękne, szczególnie z najwyższego w parku wzgórza. Lasy, łąki i wzniesienia dookoła są spokojną ramą dla pełnego dramatyzmu spektaklu, jaki toczy się w dolinie Księżycowych Kraterów. Dalej poszliśmy do punktu widokowego, skąd zobaczyliśmy wodospad Huka. Jego biało – turkusowe, spienione wody przyciągnęły nas jak magnes, zeszliśmy więc lekkim szlakiem na sam dół, by podziwiać go z bliska. Warto było. Woda rzeki Waikato jest przejrzysta, wodospad głośny, a wyłania się nad nim co chwilę niewielka tęcza. Następnie, z innego pobliskiego wzgórza obejrzeliśmy panoramę Taupo. Miasto leży nad największym jeziorem Nowej Zelandii (o tej samej nazwie co miasto), nad którego przeciwnym brzegiem wyrastały ośnieżone szczyty gór i wulkanów. Stąd pojechaliśmy do Tarasów Wairakei – Centrum Kultury Maoryskiej i miejsca kolejnych geotermalnych zjawisk. Przy samym wejściu zobaczyliśmy otwart dla zwiedzających dom maoryski wybudowany według dawnych tradycji, rzeźbione słupy i bramy, a dalej parująca rzeczka z krystaliczną, bardzo gorącą wodą z formacjami krzemionkowymi na dnie, wyglądającymi jak morski koral. Wyżej znajdowały się tarasy, zbudowane ręką ludzką, ale na kształt tych oryginalnych, które niegdyś się tu znajdowały. Zlewała się po nich woda bogata w krzemionkę, parując i oblepiając schody kolejnymi warstwami minerałów rok po roku. Bardzo ciekawy widok, znikający czasami za zasłoną pary. Reszta parku jest równie urocza, nad potokiem ustawione są czasem ławki, a wzdłuż drogi zrekonstruowana jest dawna wioska maoryska. Moglibyśmy spędzić tu zapewne dużo więcej czasu, ale park właśnie zamykano. Jako że nie było jeszcze ciemno, wybraliśmy się na spacer po przystani łodzi i wzdłuż brzegu jeziora, częściowo po alejkach, a częściowo po kamienno – pisakowych plażach. Udało nam się tyle zobaczyć w Taupo, że postanowiliśmy następnego dnia zebrac sie w dalsza droge.


Wellington


Podróż z Taupo do Wellington trwała 7 godzin, a droga wiodla znowu przez piekne okolice, na ktore nie moglismy sie napatrzec. Zatrzymalismy sie u Lew i Sary z Couch Surfingu. Okazali sie oni bardzo mili, zafascynowali Clonga domowym warzeniem piwa (spróbowaliśmy ich wyrobu, istotnie - bardzo smaczny) i polecili nam co najbardziej opłaca się zwiedzić w Wellington. Gadaliśmy do późna w nocy.
Jak tylko zwlekliśmy się z łóżka następnego rana, wyruszyliśmy do centrum. Obeszliśmy je z mapą w dłoni, odszukując najciekawsze zabytki, takie jak stary i nowy parlament, biblioteki, katedry i pomniki. W porcie nie mogliśmy wyjść z podziwu nad dwiema rzeczami: tłumem aktywnych sportowo mieszkańców w każdym wieku (biegających, jeżdżących na rolkach, rowerach, pływających kajakami itd., itp.) oraz czystością turkusu wody. Na koniec odwiedziliśmy słynne muzeum Te Papa, z bardzo ciekawymi, interaktywnymi wystawami przedstawiającymi historię, sztukę i przyrodę Nowej Zelandii. Nie sposób wymienić tutaj choćby najciekawsze eksponaty, bo jest ich masa, a pół dnia to na pewno za mało na porządne obejrzenie wszystkiego. Wyszliśmy stąd zachwyceni i pod wielkim wrażeniem.
Wieczorem znów zagadaliśmy się do późna z Lew i Sarą. Była to bardzo krótka wizyta w bardzo ciekawym miejscu, ale czas niestety naglił.

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

zgłoś nadużycie
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował
Dodaj swój komentarz:

MCLong

MCLong

X Miejsce w rankingu

Od dwóch lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Pasjonują nas podróże, góry, lasy, jeziora i kultury świata. Wkrótce wyruszamy w podróż naszych marzeń: dookoła świata. W 5 miesięcy odwiedzimy 5 kontynentów: Europę, Afrykę, Azję, Oceanię i Amerykę Północną. Dzięki tej wyprawie chcielibyśmy poznać inne spojrzenie na świat, dotknąć, poczuć i zasmakować życia w najdalszych zakątkach świata. Ukłonić się różnorodności kultur i natury, jak i odbyć trekking każdą możliwą trasą przez wszelkie napotkane po drodze góry, wzniesienia i kaniony oraz wykąpać się we wszystkich trzech oceanach. Zapraszamy do odwiedzania naszego bloga i strony internetowej: www.mclong.webs.com