Niespieszne Pakxe
Z Ubon Ratchathani we wschodniej Tajlandii pojechaliśmy autobusem najpierw na granicę z Laosem, a stamtąd do Pakxe, miasta położonego w południowej części kraju nad Mekongiem i Xedone.
Bardzo interesująca była przeprawa przez granicę. Autobus wysadził nas po stronie tajskiej, a wsiąść mogliśmy dopiero w Laosie. Bagaże zostały w autobusie. Po podbiciu paszportów udaliśmy się piechotą za całą grupą współpasażerów, która – jak mieliśmy nadzieję – wiedziała lepiej dokąd się udać. Poza budynkiem tajskiej kontroli paszportowej było bowiem szczere pole, nawet żadnej wyraźnej ścieżki. Dopiero po chwili, po przejściu obok płotu z laotańskimi napisami (dla utrudnienia nie było nawet strzałek) ukazały się jakieś budynki. Dzięki wskazówkom miejscowych znaleźliśmy właściwe okienka i wszystko poszło dobrze. Kolejny spacer po trawie, mijając kurczaki, udało się nawet znaleźć i wsiąść do właściwego autobusu, który już na nas trąbił, dając znaki, byśmy się pospieszyli. Ciekawe ile razy zdarza się, że ktoś się tutaj zgubi? Część osób nie kontynuowała podróży, tylko wróciła do Tajlandii. Nazywa się to tutaj ‘visa run’ czyli ‘bieg po wizę’. Tajlandia najczęściej daje dwutygodniowe wizy, które od ręki można przedłużyć na dowolnej z granic.
My za to podekscytowani podziwialiśmy pierwsze laotańskie widoczki, bardzo zresztą ładne: pola ryżowe, łąki i góry na horyzoncie.
Do Pakxe dotarliśmy dość szybko, cała podróż z Ubon Ratchathani nie trwała dłużej niż cztery godziny wliczając przeprawę graniczną.
Na dworcu autobusowym pokazaliśmy adres hostelu, który wcześniej wyszukaliśmy w internecie i ktoś wskazał nam właściwy tuk-tuk. Niewiele osób mówiło po angielsku. Okazało się, że kierowca nie do końca jednak wiedział gdzie chcemy jechać i chciał nas wysadzić przy pierwszym lepszym hotelu. Ale jakoś wreszcie się udało dotrzeć do celu. Nasz pokój był bardzo podstawowy, jedynym wyposażeniem było łóżko, ale to nam nie przeszkadzało. Jednie Mlong zaniepokoiły okna i drzwi bez szyb ani moskitier, a naszej też nijak nie było na czym zawiesić. Ale może będzie ok… W nocy przyszła godzina prawdy: nie było ok. ;) Po zmroku do pokoju zaczęły nie tylko wlatywać ale i wpełzać najrozmaitsze paskudztwa (byliśmy na parterze). Do gekonów oblepiających ściany i sufit już się przyzwyczailiśmy, podobno nawet zjadają one komary. Ale cała reszta naszego towarzystwa nie pozwalała się wyspać Mlong. Szczególnie po tym jak zobaczyła długiego, czarnego stwora wpełzającego na ścianę – o tego już było za wiele. Jutro szukamy innego hostelu! Nie było to zbyt trudne, bo Pakxe ma dobrą i niedrogą bazę noclegową, a do tego było poza sezonem. Nasz nowy pokój był co prawda bez okna, ale za to w miarę szczelny i na piętrze.
Samo miasto trochę nas zaskoczyło szczerze powiedziawszy (bynajmniej nie negatywnie). Z opisów innych podróżników, nie starszych niż sprzed 2 lat, dowiadywaliśmy się o tym cichym, niemal wymarłym miejscu, z nielicznymi sklepami i barami zamkniętymi przez większość dnia i z jedną tylko kafejką internetową. My zastaliśmy Pakxe pełne barów, knajpek, agencji turystycznych i kafejek internetowych, otwartych na okrągło! Wiedzieliśmy, iż rząd laotański bardzo się otworzył i kładzie ostatnio duży nacisk na rozwój turystyki, ale aż takiego rozwoju się nie spodziewaliśmy. Co miłe, to to, że mimo wszystko Pakxe zachowało swój spokojny, powolny i wyluzowany charakter. Ulice są nadal dość puste, szczególnie wczesnym popołudniem i nocą, panuje cisza i spokój. W barach nie dudni muzyka, a wszyscy zdają się operować na zwolnionych obrotach. Na szczęście mieliśmy do dyspozycji wystarczającą ilość czasu, by móc zarazić się tym błogostanem i totalnie wrzucić na luz. Po niedługim czasie nasze ciśnienie spadło chyba o połowę i zaczęliśmy doceniać więcej tych małych rzeczy dookoła nas i w naszym życiu, które normalnie uciekają uwadze. Laotańczycy są w tym mistrzami. Ogólnie rzecz biorąc to bardzo biedny i ciężko doświadczony naród, ale potrafiący się cieszyć życiem, jakie by ono nie było. Zawsze uśmiechnięci, nigdy niezestresowani, chętni do pomocy i bardzo gościnni.
Przestało nas też drażnić czekanie, a w cierpliwość na pewno dobrze jest się tutaj uzbroić. Czasem na przykład myśli sobie człowiek (taki z zachodnim nastawieniem do czasu), że rozkład jazdy coś znaczy, albo że proste (wydawałoby się) pytanie skutkuje szybką odpowiedzią. Ale nie tutaj. Tutaj czekać można na wszystko, nawet na jakąkolwiek reakcję. Ale takie poćwiczenie sobie cierpliwości dobrze nam zrobiło. Warto czasem dać sobie na wstrzymanie i nie być więźniem zegara i terminów.
Pakxe stało się naszą bazą wypadową do zwiedzania południa Laosu. W samym mieście też jest kilka ciekawych miejsc do zobaczenia: piękne świątynie i klasztory buddyjskie, zachody słońca nad Mekongiem (koniecznie z grubą warstwą środka na komary), czy kolorowe bazary. Warto też popróbować przepysznej laotańskiej kuchni. Naszym ulubionym miejscem stała się mała rodzinna knajpka na rogu dwóch ulic, na wolnym powietrzu (w zasadzie były to stoły i stołki rozstawione na chodniku), gdzie nie tylko dania były przednie ale i obsługa przemiła. Poznaliśmy większość członków rodziny, nawet nowonarodzone maleństwo i każdego dnia chętnie tu wracaliśmy.
Pakxe i Laos były zdecydowanie warte odwiedzenia. Widzieliśmy tylko południe, ale jesteśmy pewni, że Północ jest równie zachwycająca, tak krajobrazy, jak ludzie.
(Może innym razem…)
Prastare Wat Phu
Z najbardziej fascynujących miejsc poza Pakxe zobaczyliśmy fascynujące ruiny świątyni khmerskiej Wat Phu (‘Świątyni Góry’) u stóp góry Phu Kao. Pierwsza świątynia hinduska znajdowała się tutaj już w V w., a obecne ruiny pochodzą z XI – XIII w. W międzyczasie została przechrzczona na świątynię buddyjską i tą funkcję pełni do dziś. Jej powstanie wiąże się z miastem Shrestapura, stolicą khmerskiego Królestwa Czenli, które w IX wieku stało się częścią Imperium Angkoru. Wczesnym rakiem pojechaliśmy mini - busikiem do dystryktu Champassak. Tam przeprawiliśmy się łódką przez Mekong (były to właściwie dwa drewniane kajaki, połączone platformą, na której stoją pasażerowie. Potem zaś tuk-tukiem przez Champassak, aż pod samo muzeum Wat Phu. Tutaj kupiliśmy bilety wstępu i dalej poszliśmy na nogach. Minęliśmy niewielki staw z kwiatami lotusa, pola ryżowe i wnet ukazały się ruiny. Świątynia zorientowana jest na wschód, a droga prowadząca w tym samym kierunku wiodła niegdyś obok innych świętych miejsc aż do samego Angkor. Najpierw mija się sztuczne rezerwuary wodne, w których pielgrzymi mogli się oczyścić. Grobla pomiędzy nimi ozdobiona jest kamiennymi kolumnami wyrzeźbionymi na kształt pąków kwiatu lotosu. Dalej stoją okazałe pozostałości po dwóch ‘pałacach’, których przeznaczenie nie jest jasne, z pięknie rzeźbionymi ramami okiennymi i drzwiowymi. Do głównej części kompleksu świątynnego musieliśmy wspiąć się po powykrzywianych, stromych chodach. Po drodze, na jednym z kilku tarasów, mija się też niewielką kaplicę Nandin. Po dotarciu na górę byliśmy zlani potem. Trochę z wysiłku, trochę z upalnej wilgoci. (A najdziwniejsze jest to, że my możemy kapać potem z gorąca, a miejscowi nakładają kurtkę! Nie przestawało nas to zadziwiać!) Ale było warto się pomęczyć. Główne sanktuarium otoczone jest jakby rozsypanymi przypadkowo kamiennymi blokami, porośniętymi mchem i pokrytych częściowo płaskorzeźbami. Nieco z tyłu tryska zaś źródełko, którego woda spływa po 60-metrowym klifie. Ściany rzeźbione są przepięknymi scenami z hinduskiej mitologii. W środku znajdują się posąg Buddy, a wierni palą tu kadzidełka, modlą się i kładą podarunki ofiarne. Całość stanowi niezwykle fascynujące miejsce, otoczone jakąś niezwykłą, trudną do zidentyfikowania aurą. Stoisz pośrodku dżungli, gdzie światło dociera tylko częściowo, wśród tych prastarych kamieni, na których jakby żywe poruszały się zwierzęta i patrzyły na ciebie ludzkie twarze. Kamienie i ściany są sczerniałe od wilgoci i porośnięte mchem, a odgłosy źródełka i dzikiego życia toczącego się w buszu dookoła piętnują atmosferę niesamowitości.
W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze muzeum, z dalszymi rzeźbami i historią Wat Phu dokładnie opisaną po angielsku. Chcieliśmy też coś zjeść w uroczej knajpce z werandą nad samą rzeką, ale jakoś nie doczekaliśmy się obsługi. Po przyniesieniu nam napojów, nikt już nie wrócił. Zadowoliliśmy się więc obserwowaniem nurtu majestatycznej ‘matki rzeki’ i przeciwległego brzegu. Cała okolica była taka wspaniale laotańska: zrelaksowana, cicha, trochę nawet głucho – pusta. Do Pakxe wróciliśmy tą samą drogą: tuk-tukiem, łódką przez Mekong i mini - busikiem. Trochę się naczekaliśmy na poszczególne przesiadki, także w dalszym ciągu trenowaliśmy nasze umiejętności relaksacji. Chyba nawet zaczęliśmy robić postępy… minuty zaczęły mieszać się z godzinami, a lenistwo zaczynało wyglądać kusząco (choć normalnie przez 5 minut ciężko nam usiedzieć w jednym miejscu, gdy dookoła tyle ciekawostek).
4000 Wysp
Innego dnia wybraliśmy się z Pakxe w region 4000 Wysp (Si Phan Don), również w prowincji Champassak, niedaleko granicy z Kambodżą. Mekong rozlewa się tutaj obszernie oblewając kilka tysięcy mniejszych i większych wysp. Po dotarciu na miejsce najpierw wybraliśmy się łódką na jedną z wysepek, przy której brzegach lubią pokazywać się delfiny słodkowodne (krótkogłowe bodajże). I rzeczywiście mieliśmy szczęście, jak tylko wysiedliśmy z łódki i zajęliśmy miejsca na ustawionych przy samym brzegu plastikowych krzesłach (opłata 1 USD, na rzecz ochrony tych wodnych ssaków) dojrzeliśmy szare, duże delfiny! Co za wspaniałe doświadczenie! Wynurzały się w parach lub samotnie, wydając charakterystyczne dźwięki. Piękne. Delektowaliśmy się tym spektaklem. Mlong jednak trochę się rozproszyła, gdy po jakiejś pół godzinie do brzegu podpłynął wąż. Jeden z miejscowych nawet podbiegł by nam go wskazać, żebyśmy czasem nie przegapili. On sam po chwili przyniósł sieci i zaczął łowić ryby, zanurzając się po pachy i nurkując w tym samym miejscu. Wąż najwyraźniej nie zrobił na nim wrażenia. Na Mlong za to i owszem, więc wkrótce popłynęliśmy z powrotem. Mekong o tej porze roku jest na dość wysokim poziomie, tak że część wysp jest pod wodą (koloru brązowego), a tu i ówdzie wystają czubki drzew. Piękny, bardzo ciekawy krajobraz.
Następnym przystankiem tego dnia był wodospad Khone / Khone Pha Pheng, najszerszy na świecie i największy w Azji. Nie jest on zbyt wysoki (zaledwie nieco powyżej 20 m), ale za to bardzo głośny. Hektolitry wody spadające z wielkim hukiem przez liczne kaskady, pomiędzy kępami drzew, wywierają imponujące wrażenie. Nie słyszeliśmy własnych myśli, ale nie mogliśmy oderwać od niego wzroku. Staliśmy jak zahipnotyzowani przez dłuższą chwilę.
Po drodze do wodospadu ustawionych jest wiele kramów z pamiątkami i restauracji, a pomiędzy nimi krążą chłopcy z aparatem, namawiający na zdjęcie z Khone w tle. Zjedliśmy pyszny obiad i ruszyliśmy dalej, do samego serca regionu Si Phan Don. Stamtąd popłynęliśmy łódką na wyspę Don Det. Miejsce to ogromnie nam się spodobało. Tradycyjne domostwa na palach, kryte strzechą są większości skupione wzdłuż błotnistej drogi przy brzegu rzeki, a za nimi ciągną się pola ryżowe. Mieszkańcy spędzają czas na werandach lub pod wysoko wzniesionymi domami. Wszędzie pełno jest malutkich chatek do wynajęcia za grosze, z balkonem i obowiązkowym hamakiem oraz knajpek z jedzeniem lub piwem na świeżym powietrzu, z których można zapatrzeć się na Mekong. Nie ma tu ani imponujących ruin ani wielu świątyń, ale i tak nie chce się stąd wyjeżdżać. Spokój dopada człowieka, można głęboko odetchnąć i odpoczywać, leniuchować i ładować baterie, podczas gdy czas dookoła niemal się zatrzymuje. W sezonie suchym przyjemnie jest też ponoć kąpać się w rzece, która wtedy ma przyjemny, niebieski kolor. (Teraz woda jest brązowa i nieprzejrzysta). Kiedy już myśleliśmy, że Pakxe jest najbardziej zrelaksowanym miejscem jakie widzieliśmy, okazało się że Don Det je bije na głowę. Tutaj życie toczy się chyba w zwolnionym tempie. I bardzo łatwo się tym zarazić. Bardzo się cieszyliśmy, że mogliśmy tu pobyć choć trochę.
ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:
http://www.mclong.webs.com/
LAOS: Pakxe > Wat Phu > 4000 Wysp / Si Phan Don
- Nikt jeszcze nie skomentował

