*

MALEZJA: Johor Bahru > Penang > Langkawi

Dodane 2009-10-11 04.10, komentarzy 0 - dodaj komentarz Miejsce: Kraków Tagi: azja podroze

Johor Bahru


Po wizycie w Singapurze pojechaliśmy autobusem do Johor Bahru w Malezji, po drugiej stronie cieśniny Johor, gdzie spotkaliśmy Chrisa i Elisę, naszych nowych gospodarzy z Couch Surfingu. Cała ich rodzina pochodzi z Chin, choć od czterech pokoleń mieszka w Malezji. Mieliśmy zatem okazję zaznać niesamowitej chińskiej gościnności.
Jeszcze tego samego popołudnia pojechaliśmy razem na piękną plażę oddaloną jakąś godzinę jazdy samochodem. Ponieważ nie jest to turystyczna miejscowość, a Malezja jest krajem bądź co bądź dość konserwatywnym, nikt z plażowiczów nie nosił stroju kąpielowego. Nawet do wody wchodzili w podkoszulkach i spodniach.
W drodze powrotnej Chris pokazał nam swoje rodzinne miasteczko, w którym się urodził i dorastał. Zobaczyliśmy jego szkołę, stary dom i wysłuchaliśmy ciekawych opowieści rodzinnych.
Wieczorem poszliśmy na kolację do chińskiego baru, gdzie mama Chrisa nauczyła nas jak i z czym jeść niektóre nieznane nam potrawy, dorzucając nam cały czas co smakowitsze kąski na nasze talerze. Po deser poszliśmy na nocny targ. Zanim cokolwiek kupiliśmy, sprzedawcy zafundowali nam wyśmienitą degustację, podczas której odkryliśmy przepyszne, egzotyczne owoce, których w życiu nawet na oczy nie widzieliśmy: rambutany, pitaje, duku, mangostany, longany i inne. Niebo w gębie! Nie smakowały nam tylko te o silnie niemiłym, cebulowym zapachu: dżakfrut (jackfruit) i zubczykowiec (durian), choć uznawane są tutaj za wielki przysmak, nam jakoś nie „podeszły”. Targi owocowe w Malezji to istny raj smakoszy. Kupiliśmy zatem parę kilogramów różnych nowo odkrytych pyszności i w domu zrobiliśmy sobie prawdziwą ucztę. Mniam!

Następnego dnia Elisa zabrała nas do muzeum malarstwa i do meczetu Sułtana Abu Bakara (piękna, monumentalna, budowla). Poszliśmy też na lody herbaciane, pyszne i orzeźwiające.
Wieczorem, już z Chrisem, pojechaliśmy na kolację do nadbrzeżnego baru specjalizującego się w owocach morza i na spacer po nowo wybudowanej promenadzie.
Te kilka dni spędzone z naszymi chińskimi gospodarzami były niezapomniane. Bardzo smutno nam było, iż musieliśmy wyjechać.

Z Johor Bahru lecieliśmy na wyspę Penang. Na lotnisku zostawiliśmy część naszego bagażu w skrytce, przede wszystkim ciepłe rzeczy, jako że na pewno nie będą nam potrzebne tu w tropikach. Plecaki stały się prawie puste i takie leciutkie, że aż miło. A do Johor Bahru wrócimy w drodze powrotnej przed odlotem z Singapuru do Nowej Zelandii.


Penang


Do Penangu przylecieliśmy maleńkim dwu-śmiglowym samolocikiem tanich linii ‘Fire Fly’. Wylądowaliśmy na południu wyspy, wiec od razu skierowaliśmy się na północ, do największego miasta na wyspie: Georgetown, gdzie byliśmy umówieni z naszym nowym gospodarzem z Couch Surfingu, Y. Czekał on nas wraz z innym Couch Surferem, Mikiem z Kanady, przed wejściem. Ponieważ tego wieczoru odbywało się spotkanie wszystkich CS’owców (gospodarzy i gości) właśnie w Georgetown, zostawiliśmy tylko nasze plecaki w przedsionku i poszliśmy na przystanek autobusowy by dołączyć do całej reszty. Po paru przystankach wysiedliśmy na dużym skrzyżowaniu ulic, gdzie po każdej stronie ustawionych były tuziny małych straganów z najróżniejszymi potrawami na sprzedaż. Feeria zapachów zawróciła nam w głowie, nie wiedzieliśmy co zamówić, a wszystko wyglądało tak pysznie i zachęcająco! Juz przed przyjazdem tutaj słyszeliśmy, iż Penang to raj kulinarny, ale to prawie zwaliło nas z nóg. Zamówiliśmy może nawet trochę za dużo, a dosłownie wszystko było niebem w gębie! Siedzieliśmy na niewielkim podwyższeniu przy ulicy, na świeżym powietrzu przy plastikowych stolach. Penang najlepsze klejnoty kulinarne serwuje z ulicy, z tzw. Hockerów, czyli czegoś w rodzaju straganów, takich mobilnych kuchni. Wszystko jest przygotowywane na twoich oczach i wedle życzenia, przy czym każdy stragan specjalizuje się w czym innym: ten w zupie z pierogami, tamten w kurczaku na patyku w sosie orzechowym a jeszcze inny w słodyczach i deserach. Począwszy od tego dnia dokonaliśmy w Penangu wielu przesmacznych odkryć.
Ten wieczór bardzo długo się przeciągnął. Poznaliśmy dużo ciekawych podróżników i gospodarzy. Jedna z nich była Chin, bardzo energetyczna nauczycielka fizyki około czterdziestki. Zaoferowała naszej czwórce podwóz do domu, ale po drodze namówiła nas jeszcze na wizytę w ogródku piwnym przy promenadzie nad morzem, także do domu Y. zawitaliśmy dopiero późno w nocy.
Y. pracuje on w centrum kultury chińskiej przy jednej z chińskich świątyń (ponad polowa mieszkańców Penang ma chińskie korzenie), dzięki czemu mieliśmy okazje zobaczyć chińską operę, a nawet poznać śpiewaków, jako ze A. zaprosił nas za kulisy, odwiedzić przytułek dla niepełnosprawnych, gdzie Mike dal mały koncert gry na gitarze a Clong zaprezentował swój (może pozostawimy bez epitetu ;)) glos w kilku amerykańskich szlagierach pop i country, ku zresztą ogromnej uciesze wychowanków. Y. pokazał nam tez najlepsze miejsce z indyjskim jedzeniem. A była to świątynia, która pełni misje przez… jedzenie, w imię zasady „przez żołądek do duszy”. Potrawy istotnie przepyszne, serwowane z bufetu i za dowolny datek.
We wspomnianej świątyni indyjskiej dołączyła do nas Chin, a wieczór zakończyliśmy z jej znajomymi w barze karaoke. Był to jeden najśmieszniejszych wieczorów w naszym życiu, nie dość wspomnieć, ze śpiewaliśmy chińskie i indyjskie karaoke ;).
Następnego ranka przenieśliśmy się całą trójką, wraz z Mikiem, do Chin i do jej rodziny w Batu Ferringi, najbardziej wypoczynkowej miejscowości w Penangu, przy pięknej plaży i w pobliżu kilku bardzo ciekawych szlaków przez dżunglę. Łącząc to z zamiłowaniem Chin do oprowadzania przyjezdnych po jej ulubionych straganach z najlepszymi przysmakami na całej wyspie… no cóż, lepiej trafić nie mogliśmy!
Batu Ferringi leży bardzo blisko Georgetown i ma z nim dobre połączenie autobusowe. Dzięki temu zwiedziliśmy wiele zachwycających świątyni buddyjskich, taoistycznych, hinduskich i muzułmańskich (meczetów). Penang łączy w sobie kilka kultur, które współgrają tutaj w unikalny sposób i szanują się nawzajem.
Najróżniejsze wpływy architektoniczne, żywe tradycje i barwność tego miejsca, nie wspominając juz o setkach chyba straganów z pysznościami na każdym kroku, pięknych plażach, parkach i przede wszystkim niezwykle przyjaznych i entuzjastycznych ludziach, składają się na magie Penangu. Od najwcześniejszych chwil o brzasku, kiedy to mieszkańcy wylęgają do parków by korzystać z organizowanych na świeżym powietrzu gimnastyk; poprzez cały intensywny i ruchliwy dzień, przeplatany wizytami na targu i w świątyni, czasem tylko na szybka modlitwę i zapalenie kilku kadzidełek; aż do późnego wieczora, kiedy w porze kolacji mnóstwo osób oblega stragany z jedzeniem, spotykając się na plotki ze znajomymi, bądź spędzając czas z rodzina, a nawet do późnych godzin nocnych w barach karaoke – nie sposób nie tylko się nudzić w Penangu, ale i nie sposób stad wyjechać! My zostaliśmy tydzień. Tylko tydzień. A żal nam było wyjeżdżać, och żal…
W weekend Chin zabrała nas na całodniową wycieczkę po wyspie. Zobaczyliśmy malownicze krajobrazy: dżunglę, wodospady, tradycyjne wsie, plaże i wzgórza. Mieliśmy okazję zobaczyć jak robiony jest batik –ręcznie malowana i woskowana tkanina malezyjska. Dostaliśmy w prezencie papaje prosto z drzewa, w ogrodzie owocowo – warzywnym znajomej Chin. Ukoronowaniem dnia było zaś zwiedzenie imponującej, ogromnej (jednej z największych w Azji Pd. - Sr.) świątyni buddyjskich: Kek Lok Si. Wieczorem mieliśmy jeszcze szczęście trafić na festiwal z okazji roku od wpisania Georgetown na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Widzieliśmy rozmaite, wspaniałe tańce tj. z wielkim niby - jojo, czy chińskiego smoka; pokazy kung – fu, chińską operę, malezyjski taniec ze słomianym koniem (coś na kształt lajkonika) i koncert na ogromnych bębnach.
Kolejnego dnia wyjechaliśmy kolejką szynową na wzgórze Penang, co samo w sobie było dość ciekawe. Droga na szczyt prowadzi przez dżunglę, spośród której raz za czas wystaje mały domek, tudzież wielka willa ni stąd ni zowąd. Na szczycie podziwiać mogliśmy widok na cała wyspę otoczoną lazurowymi zatokami i miejscowości zatopione w ciemno zielonej gęstwinie lasu tropikalnego. Odwiedziliśmy także mały meczet, bardzo kolorową świątynię hinduską i ciekawą, pokolonialną rezydencję.
Reszta dni w Penangu zleciała nam na dalszym tropieniu przysmaków, leżeniu na plaży i wędrowaniu po okolicy. Wybraliśmy się też na wyścig dragon boats (smoczych łodzi) i zawody w balansowaniu olbrzymich flag na brodzie, lecz niestety nie wiele zobaczyliśmy z dystansu i w tłumie.
Ostatniego wieczoru Chin zaprezentowała nam swoją kolekcję batików. Jest obowiązkiem nauczycielki w Malezji, by jednego dnia w tygodniu przyjść do szkoły w tradycyjnym malezyjskim stroju. A są one niektóre istnymi dziełami sztuki: pięknie, ręcznie malowane, misternie wyszywane i fantazyjnie uszyte, we wszystkich kolorach tęczy, skoordynowane z dodatkami.
Zarówno nam, jak i Mikowi bardzo ciężko było opuścić Chin i Penang. Naprawdę mamy nadzieję tu kiedyś wrócić i będziemy tęsknić za Chin, która przyjęła nas niczym rodzinę, jak i resztą serdecznych uśmiechów mieszkańców Penangu. No i oczywiście: tamtejszym jedzeniem.


Langkawi


Z Penangu popłynęliśmy łódką na kolejną wspaniałą wyspę malezyjską: Palau Langkawi. Słynie ona z rajskich plaż i innych naturalnych skarbów.
Najmilszą niespodzianką na Langkawi było spotkanie przesympatycznego małżeństwa: Mariusza i Maryam z… Polski! I to nie turystów, nie, nie – oni przeprowadzili się do Malezji na dłuższy czas, jako jeden z przystanków w ich kilkuletniej podróży dookoła świata.
Gdzie też tych naszych rodaków nie zaniesie los… Zaprosili nas i przyjęli niezwykle ciepło do swojego mieszkania na górnym piętrze wieżowca, z którego widok po prostu zapiera dech w piersiach: złote plaże, turkusowe morze, zielone wzgórza porośnięte dżunglą, stateczki i jachty na horyzoncie, fenomenalne zachody słońca każdego wieczoru… Po prostu widokówka!
Z Maryam i Mariuszem świetnie nam się spędzało czas, znowu najchętniej byśmy się stamtąd w ogóle nie ruszali… ;)
Pierwszego dnia poszliśmy wszyscy razem na spacer po największym mieście na wyspie: Kuah. Sensację wzbudziły ogromne jaszczury z rodziny waranowatych, tak po prostu wałęsające się po terenie zabudowanym. Napotkaliśmy ich po drodze kilka.
Po południu wybraliśmy się, już sami, na plażę, gdyż nie mogliśmy się już doczekać by zobaczyć te słynne rajskie zakątki Langkawi z bliska. Pierwsza plaża, ta najbliższa od Kuch nie była zbyt zachwycająca: bez piasku, niezbyt czysta, przystosowana do uprawiania sportów wodnych, nie do pływania. Pojechaliśmy więc na inną: wielką Tanjung Rhu, położoną na przeciwnym krańcu wyspy. Znajdują się przy niej jedynie dwa pięciogwiazdkowe resorty, tak że jest dość pusta, a przy tym ogromnie przestronna – no i… przepiękna! Błękitna, czysta woda, biały piasek, niewielkie, strome skały porośnięte dżunglą wyrastające na linii horyzontu, spokój i cisza przerywana jedynie śpiewem ptaków składają się na magię tego uroczego miejsca.
Następnego dnia wybraliśmy się z Maryam i Mariuszem do lasu namorzynowego na przejażdżkę łódką po wąskich kanałach wijących się wśród mangrowii. Woda jest tu dość mętna, koloru brązowawego, a na brzegach rosną drzewa z odsłoniętymi na około metr korzeniami zatopionymi w wodzie. Całe podłoże w głąb lasu stanowi błotniste i wodniste bagno, przeplatane wysokimi korzeniami. Namorzyny stanowią świetny ekosystem, z fauny widzieliśmy znowu wielkiego jaszczura pływającego koło naszej łódki, mnóstwo ptaków oraz małe (ale krzykliwe) małpy. Pierwszy przystanek mieliśmy przy jaskini nietoperzy. Najpierw przeszliśmy po wybudowanej drewnianej platformie, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć mangrowia ‘od wewnątrz’, a potem długim tunelem w ciemnej grocie w poszukiwaniu nietoperzy, których zobaczyliśmy kilka śpiących sobie u sklepienia. A potem z powrotem do łódki. Im bardziej zbliżaliśmy się do morza, tym przesmyki wodne stawały się szersze. Na pełnym morzu wysiedliśmy na jednej z maleńkich, pustych plaż, by pstryknąć parę fotek. Później jeszcze przez jakiś czas kluczyliśmy po tym fascynującym miejscu, by w końcu wrócić do niewielkiej zatoczki portowej, z której wcześniej wyruszyliśmy.
Popołudnie spędziliśmy znowu w stylu Langkawi – czyli na kolejnej wielkiej plaży: Cenang - tym razem mniej ustronnej, ale za to pełnej różnych atrakcji turystycznych, jak skutery wodne, parasailing itp., knajpek, no i turystów zewsząd. Dzień zakończyliśmy zakupami na nocnym targu, odbywającym się co tydzień po zmroku w Kuah.
Ponieważ wciąż nie dość nam było rajskich plaż, wybraliśmy się kolejnego dnia na wycieczkę po okolicznych mniejszych wysepkach, składających się na archipelag Langkawi. Niektóre podziwialiśmy z morza, na innych schodziliśmy na ląd. Najpierw wysiedliśmy na wyspie Pulau Dayang Bunting, gdzie po krótkim spacerze po dżungli dotarliśmy do uroczego Jeziora Brzemiennej Dziewicy, otoczonego szczelnie przez wysoko pnący się las, z krystaliczną wodą w kolorze głębokiej, ciemnej zieleni. Kolejny przystanek stanowiła piękna, bezludna wysepka, z białą plażą i turkusową zatoczką pełną ryb i muszli mieniących się wszystkimi kolorami tęczy.
Langkawi jest przepięknym miejscem, a w połączeniu z nienarzucającą się szeroką ofertą turystyczną i wspaniałą malezyjską gościnnością (a dla nas też i polską :)) stanowi prawdziwie idealne miejsce na zarówno leniwe, jak i aktywne wakacje połączone z poznawaniem egzotycznej kultury i barwnych tradycji, których w Malezji nie brakuje na każdym wręcz kroku. W ogóle cały ten wielobarwny i niezwykle przyjazny kraj bardzo przypadł nam do serc.


ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

http://mclong.webs.com/apps/blog/

zgłoś nadużycie
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował
Dodaj swój komentarz:

MCLong

MCLong

X Miejsce w rankingu

Od dwóch lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Pasjonują nas podróże, góry, lasy, jeziora i kultury świata. Wkrótce wyruszamy w podróż naszych marzeń: dookoła świata. W 5 miesięcy odwiedzimy 5 kontynentów: Europę, Afrykę, Azję, Oceanię i Amerykę Północną. Dzięki tej wyprawie chcielibyśmy poznać inne spojrzenie na świat, dotknąć, poczuć i zasmakować życia w najdalszych zakątkach świata. Ukłonić się różnorodności kultur i natury, jak i odbyć trekking każdą możliwą trasą przez wszelkie napotkane po drodze góry, wzniesienia i kaniony oraz wykąpać się we wszystkich trzech oceanach. Zapraszamy do odwiedzania naszego bloga i strony internetowej: www.mclong.webs.com