Przyszedl czas na Azję.
Rozpoczynając siódmy tydzień naszej podroży, wysiedliśmy bardzo podekscytowani na ogromnym, ultranowoczesnym lotnisku w Singapurze. Z adresem do naszego hostelu w reku udaliśmy się na stację metra, która znajduje się na samym lotnisku, bardzo poręcznie, tak że nawet nie trzeba wychodzić z budynku. Jedziemy sobie wiec już po chwili w klimatyzowanych wagonach aż do naszej stacji, dzielnicy „Małe Indie”. I tutaj, przy wysiadaniu uderza nas pierwsze silne wrażenie z Azji Południowo – Wschodniej: okropnie wilgotny upał. W ciągu kilku minut jesteśmy oblepieni i lepcy, a powietrze łapiemy niczym te ryby wyrzucone z wody na brzeg. A jest dopiero 9 rano… Singapur leży niespełna 137 km od równika i taka sauna panuje tutaj przez okrągły rok, w dzień i w nocy (cień ani zmrok nie przynoszą ulgi), powiewy wiatru są też z reguły ciepłe, podobnie jak woda w morzu. Uciec można zatem tylko do klimatyzowanych pomieszczeń, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy. Zaciskamy zatem zęby i maszerujemy do hostelu. Po drodze natykamy się na przygotowania do otwarcia indyjskiego „Festiwalu Jedzenia”, ktore mialo nastąpić jeszcze tego popołudnia. Po drzemce i odswiezeniu sie, juz niczym nowonarodzeni wychodzimy na miasto. Pierwszy przystanek, a jakże: „Festiwal Jedzenia”. Impreza odbywała się w wielkim namiocie ze sceną, na której występowały różne indyjskie zespoły muzyczne i taneczne. Dookoła zaś rozstawiono stragany z najróżniejszymi specjałami, których pochłonęliśmy niemało. A ostre były… że hej!
Nastepny przystanek: centrum. Spędziliśmy tam dobrych parę godzin spacerując w cieniu drapaczy chmur, po olbrzymim porcie i jednym z bazarów. Singapur jest bardzo czysty, zorganizowany i przemyślany w każdym wydawałoby się calu. Ma się nawet czasem wrażenie, iż absolutnie wszystko podlega tu kontroli i regulacji.
Skupia sie tu cala mieszanka kultur i tradycji. Najwieksze grupy etniczne to Chinczycy, Malezyjczycy i Hindusi, reprezentowane sa jednak tez dziesiatki innych narodowosci. Wbrew temu, czego można by się spodziewać po takim prężnym, światowym centrum biznesowym, nikt nie wydaje się nigdzie spieszyć ani gnać, nikt się nie przepycha, wszyscy cierpliwie czekają jeśli trzeba i ogólnie panuje spokój i ład, nawet w tłumie i godzinach szczytu. Singapurskie ulice są bezsprzecznie intrygujące i kolorowe, a w ich obserwacji można się zatopić na długo.
Następnego dnia spacerując po „Małych Indiach” znaleźliśmy się na przystanku piętrowych autobusów wycieczkowych i po obejrzeniu ich trasy postanowiliśmy skorzystać. Okazało się to być dobrym pomysłem, ponieważ za niewygórowaną cenę zobaczyliśmy całe miasto i jego okolice. Mogliśmy wsiadać i wysiadać kiedy tylko jakieś miejsce nas zaintrygowało, a przewodnicy byli bardzo rzeczowi i pełni poczucia humoru. Zwiedziliśmy między innymi Chinatown, Kampong Glam (dzielnicę muzułmańską), nieznaną nam część Małych Indii, zielone okolice ogrodu botanicznego, ulicę Orchard („5 Aleja Singapuru”) i wyspę Sentosa.
Na wyspę tę wróciliśmy jeszcze na większość następnego dnia, by popływać w morzu, poleżeć na plaży, pospacerować wzdłuż wybrzeża, liczyć niezliczone statki na horyzoncie i obejrzeć piękny zachód słońca. Sentosa jest popularnym miejscem wypoczynku Singapurczyków i jak się też okazuje, nowożeńców. Obserwowaliśmy pięć różnych par pozujących do zdjęć na plaży. Panny młode biegały z różowymi balonikami i kładły się na piasku obsypanym płatkami róż, a panowie młodzi przyklękali z bukietem w dłoni u rąbka ich sukni. Bardzo ciekawy spektakl.
W sumie w Singapurze spędziliśmy 4 dni. Były to bardzo interesujące (choć skwarne) dni i cieszymy się, iż będziemy mogli wrócić tu za 2 miesiące.
ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:
http://mclong.webs.com/apps/blog/


super :) fajne miejsce , przynajmniej ze zdjec tak wnioskuje .