*

RPA: Bulungula > Port Elizabeth > Addo > Trasa Ogrodów

Dodane 2009-08-26 15.04, komentarzy 5 - dodaj komentarz Miejsce: Kraków Tagi: afryka podroze

Bulungula: eko-wioska

Z Durbanu pojechaliśmy do Mthaty (Umtaty), miasta w regionie Transkei, z którego pochodzi Nelson Madela. Okolica bardzo ładna, górzysta. Samo miasto niezbyt za to ciekawe. Stamtąd od razu udaliśmy się do schroniska w Bulunguli, położonej na Dzikim Wybrzeżu we Wschodniej Prowincji Przylądkowej, z dala od miast, asfaltowych dróg, prądu i kanalizacji. Po dobrych paru godzinach, poobijani od dziurawych dróg przez busz, strumienie i bagna, ale cali, docieramy na miejsce, w sama porę na kolacje. Rozprostowujemy kości i ruszamy do jadalni. Serwowane są lokalne pyszności. Jest już głęboka noc, a w świetle świec wszystko wygląda rustykalnie, zbudowane i zaaranżowane zgodnie z tradycjami ludzi Khosa, dużej południowo - afrykańskiej grupy etnicznej zamieszkującej te okolice. Bulungula zresztą należy do okalającej ja wioski Khosa w 40%, to tutejsi wznieśli ja własnymi rękoma, oni tu pracują i opiekują się turystami. Sprzedają własne wyroby (ozdoby, ubrania itp.), oferują rozmaite atrakcje (tj. połów ryb, wycieczki po wsi lub do lasu z zielarzem itp.), a zysk z nich trafia w 100% do ich kieszeni. Dzięki temu wioska zbudowała szkołę, przedszkole, ma zbiorniki na deszczówkę i wiele innych tak cennych tutaj, acz prostych udogodnień. Wieś nie ma jeszcze prądu, bieżącej wody, dróg, kanalizacji, łazienek czy toalet, ale i tak mieszkańcy dumni są z postępu i z wielkim entuzjazmem dbają o schronisko. Każdego odjeżdżającego turystę żegnają czule, prosząc by o nich nie zapomnieć i polecać ich znajomym.
Zostaliśmy zakwaterowani w uroczej, tradycyjnej chatce Khosa z gliny i krytej strzechą. Ponieważ cały koncept schroniska prowadzony jest w ściśle ekologicznym duchu, tak kwatery, jak i sanitariaty zorganizowane są w niezwykle innowacyjny pomysł. Toalety nie maja bieżącej wody, używa się ziemi do zasypania nieczystości w bardzo głębokiej dziurze. Jeden prysznic to duży pojemnik z woda ogrzewana na słońcu, trzy pozostałe to tzw. prysznice rakietowe. Jest to pionowa rura, na górze pompująca wodę (deszczówkę) a na dole posiadająca mały otwór, do którego wlewa się odrobinę parafiny i podpala ja, przez co cala konstrukcja wygląda (i wydaje dźwięki) jak startująca rakieta. A woda - hura! jest ciepła (przez jakieś 7 minut, wystarczająco długo). Do oświetlenia używa się tu świec, prądu - w całości z baterii słonecznych - tylko w zasadzie do lodówek. Jest nawet mikser napędzany... przez pedałowanie zainstalowana na stale polówką roweru!
Następnego ranka ukazała nam się wreszcie w świetle dziennym Bulungula. Leży ona nad samym oceanem, nad ogromna, cudowna, szeroka piaszczysta plaża. Dookoła okalają ją zaś wzgórza, pokryte głownie trawa i krzewami (drzew jest niewiele), polami uprawnymi, a okrągłe, kolorowe domki Khosa porozrzucane są jak okiem sięgnąć po horyzont. Cos pięknego! Być może brakuje tym ludziom wszystkiego, a ich życie toczy się niezwykle skromnie, ale na pewno nie brakuje im widoków!
Całymi dniami wspinaliśmy się na kolejne wzgórza podziwiając widoki z góry, mijając stadka owiec, krów, kóz i pojedyncze osiołki czy świnie.
Mieliśmy też szczęście lepiej poznać jedna z niewielu miejscowych osób mówiących tutaj po angielsku, przemiłą dziewczynę o imieniu Kululua. Była ona na tyle mila by zabrać nas do siebie do domu i pokazać nam jak żyje. Poznaliśmy jej rodzinę, poszliśmy z nią po wodę i chrust, pokazała nam jak gotuje. Opowiedziała nam również o fascynujących zwyczajach i tradycji swojego ludu. Był to wspaniały dzień i jesteśmy niezmiernie wdzięczni, ze mogliśmy poznać tych niezwykłych ludzi z bliska. Są bardzo weseli, gościnni i niezwykli użalać się nad swoim losem.
Pobyt w Bulunguli był niezwykle cennym doświadczeniem.


Port Elizabeth i Park Słoni Addo


Z Bulunguli, po kolejnej niezwykłej przeprawie przez bezdroża, wróciliśmy do Mthaty, skąd złapaliśmy autobus do Port Elizabeth. Chcieliśmy przede wszystkim zwiedzić okoliczne, wielkie parki narodowe, ale natura uziemiła nas w mieście na 3 dni. Rozpętała się okropna wichura, a towarzyszący grad i ulewa jak z cebra zmusiły nas do przeniesienia się z namiotu do hostelu.
Poznaliśmy co prawda ciekawych ludzi, miedzy innymi gang motocyklowy z Kapsztadu, nadrobiliśmy zaległości na interenecie ale i tak byliśmy niepocieszeni, że musimy siedzieć w tych czterech ścianach niemal bezczynnie. No tak - ok, jest zima...
Wyrwaliśmy się dopiero na czwarty dzien. Postanowiliśmy zobaczyć jeden rezerwat, ten największy: Park Słoni Addo.
Jest to wielki, piękny park, gdzie udało nam się zobaczyć niezapomniane sceny z życia rodziny słoni, bawoły, antylopy i gazele, zebry, szakale oraz wiele cudownych kolorowych ptaków. Żyją tam tez lwy, tutaj juz prawie całkiem na wolności - maja bowiem wielki teren na ktorym poluja. Oprócz wspanialej flory i fauny, podziwialiśmy również przepiekane widoki okolicznych wzgórz i dalekich gór, pod koniec dnia skapanych w fenomenalnym zachodzie słońca. Kolejny niesamowity dzień!


Trasa Ogrodów


Po zwiedzeniu Addo pojechaliśmy na 1 dzień do Jeffreys Bay, niewielkiej, acz uroczej nadmorskiej miejscowości. Znów lał gęsty deszcz, wiec po nie za długim spacerze po plaży i miasteczku, udaliśmy się w dalszą drogę po tzw. Trasie Ogrodów. Jest to niezwykle malownicza 220 - kilometrowa trasa, biegnąca głównie wzdłuż wybrzeża droga krajowa nr 2 (N2), rozciągająca się pomiędzy Wschodnią a Zachodnią Prowincją Przylądkową. Zmierzając ze Wschodu na Zachód mamy po lewej stronie błękitny Ocean Indyjski, niezmierzone białe plaże i piękne laguny, a po prawej cudne Góry Outeniqua i Tsitsikamma poprzecinane zapierającymi dech w piersiach przełęczami i kanionami. Raz po raz, kiedy tylko pogoda pozwala, zatrzymujemy się i odbywamy niedługie wędrówki po tej przeuroczej okolicy. Znowu jest mokro i zimno, ale nie przeszkadza to nam w delektowaniu się bajecznymi widokami, świeżym, pachnącym mokrym drewnem powietrzem pomieszanym z delikatna morska bryza i bezkresna wydawałoby się cisza bezludnych plaż.
Na nocleg zatrzymaliśmy się u rodziny znajomego z Couch Surfing w Hartenbos, nieopodal Mosel Bay. Nasi gospodarze okazali się niezwykle gościnni i pomocni. Doradzili nam co zobaczyć, zaprosili nas na braai - czyli tradycyjny grill i pomogli nam wypłynąć w morze. W porcie w Mosel Bay wsiedliśmy na niewielka łódź znajomych naszych gospodarzy. Było to nie lada przeżycie. Opłynęliśmy wyspę fok (niewielka skała na środku zatoki z kilkutysięczną, jazgotliwa kolonia ślicznych fok) i widzieliśmy zagubionego pingwina. Niestety żadnych wielorybów, rekinów ani delfinów.
Tego samego dnia odwiedziliśmy jeszcze 'Sanktuarium Kotów' w Mosel Bay. Znajdują tutaj schronienie wszelkie wielkie koty, które właściciele schroniska wykupują od firm organizujących polowania w klatkach. Sanktuarium stwarza im najlepsze możliwe warunki, ponieważ wychowane w niewoli nie są one przystosowane do życia na wolności.
Na trasie widzimy również kolejne miejskie przedmieścia. Te bogatsze są ciągle odgradzane i chronione przed światem zewnętrznym, co ma do czynienia ze skalą przestępczości (największa w Joburgu i okolicach, w tym w Pretorii). Niemniej jednak o wiele bardziej przyjaźnie i gościnnie wydają one w miastach na wybrzeżu: już nie jak zasieki.
Biedne przedmieścia, gdzie żyje wyłącznie afrykańska ludność rdzenna, są jednak wszędzie bardzo podobne: malutkie chatki sklepane z byle czego (blachy falistej, sklepanych na płasko puszek po oleju, desek), stłoczone jeden przy drugim - nieraz na wyciągnięcie reki, z nieasfaltowanymi drogami, po których transport publiczny w zasadzie nie jeździ. Warunki życia są tu niezwykle ubogie, często na lub poniżej granicy nędzy. Prąd i bieżąca woda zostały do niektórych podprowadzone dopiero niedawno.
Każde większe skupisko ludzkie jakie widzieliśmy w RPA ma niebrzydkie centrum, wyglądające jak centrum dowolnego miasta w Europie, dzielnice przedmieść klasy średniej i bogatej, z ładnymi domami i ogromnymi willami oraz - w pewnym oddaleniu poza granicami miasta - osiedle (rdzennej) biedoty. To tutaj rząd apartheidowski zepchnął ludność rdzenną, której nawet dziś, po niemal 20 latach, wciąż niezwykle ciężko się stąd wydostać i w jakikolwiek sposób polepszyć swój byt. Widok tych slumsów porusza do głębi.

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:

www.mclong.webs.com

zgłoś nadużycie
Komentarze
Adam Adam
Rewalacja! Dodane

Wspomnienia pozostaną na całe życie.
Mam tylko jedno pytanie,nie obawiacie się napadu,braku akceptacji wśród tubylców ?

MCLong MCLong
Adam: (odp.) Dodane

Dziękujemy bardzo :)!
Faktycznie wspomnień już w tej pierwszej połowie wyprawy nazbieraliśmy na całe życie ;).
Co do napadów – nie, nie boimy się, zachowujemy zdrowy rozsądek i uważamy na siebie. Słuchamy w tej sprawie szczególnie rad osób miejscowych, bo to oni z reguły wiedzą najlepiej gdzie np. się nie zapuszczać po zmroku lub czego nie robić by nie prowokować niebezpieczeństw. Wychodzimy też z założenia, iż napadniętym czy okradzionym można zostać wszędzie, więc nie ma co popadać w paranoję.
Co do braku akceptacji – też się nie obawiamy. Poznawanie miejscowych to to, co sprawia nam najwięcej radości w tej wyprawie. Staramy się poznać lokalne zwyczaje i nie wchodzić z nimi w konflikt, uszanować obce tradycje i jak najwięcej się od nich nauczyć, nawet jeśli trzeba czasem nagiąć własne przekonania czy przyzwyczajenia. Także nie wiem, czy to nasz „sposób”, czy po prostu mieliśmy jak dotąd ogromne szczęście, ale poznaliśmy fantastycznych ludzi i czuliśmy się nie tylko akceptowani ale i nawiązaliśmy wspaniałe przyjaźnie. Myślimy poza tym, że nawet jakby – to warto zaryzykować brak akceptacji, można by się na pewno nauczyć czegoś o sobie samym.
Pozdrawiamy serdecznie „z trasy”.

Adam Adam
Nie pozostaje nic innego, Dodane

jak tylko życzyć szczęścia w podróży.
Proszę o więcej zdjęć,i powodzenia!

Marzena Drak Marzena Drak
powodzenia! Dodane

Tylko pozazdrościć:) Zgadzam się z przedmówcą więcej zdjęć poprosimy:)

szut szut
Wyjazd Dodane

Fajny pomysl z tym waszym wyjazdem, nie powiem ;)
Ja w kierunku wschodnim zawsze kursuje w wakacje, a nie na poludnie ;)
Najwiekszym problemem zawsze jest czas... Miesieczny urlop przelatuje bardzo szybko.... :(

Do Adama:
napasc moga cie nawet kolo domu, nie mozna demonizowac zagrozen, ktore wystepuja wszedzie.
A tzw. tubylcy w roznych krajach sa zwykle otwarci.
Pamietam, jak pare lat temu w Teleexpresie podawali informacje o facecie (nie pamietam dokladnie, ale chyba byl z Europy zach.), ktory przeszedl pieszo dookola swiata - wracal do domu przez Rosje, Bialorus i Polske. Napadniety zostal wlasnie w Polsce, zniszczono mu namiot i zostal okradziony...

Jak sie sbiore w sobie, to moze tez jakis tekst przygotuje i pare fotek znad Wolgi i innych rejonow dodam.

Dodaj swój komentarz:

MCLong

MCLong

X Miejsce w rankingu

Od dwóch lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Pasjonują nas podróże, góry, lasy, jeziora i kultury świata. Wkrótce wyruszamy w podróż naszych marzeń: dookoła świata. W 5 miesięcy odwiedzimy 5 kontynentów: Europę, Afrykę, Azję, Oceanię i Amerykę Północną. Dzięki tej wyprawie chcielibyśmy poznać inne spojrzenie na świat, dotknąć, poczuć i zasmakować życia w najdalszych zakątkach świata. Ukłonić się różnorodności kultur i natury, jak i odbyć trekking każdą możliwą trasą przez wszelkie napotkane po drodze góry, wzniesienia i kaniony oraz wykąpać się we wszystkich trzech oceanach. Zapraszamy do odwiedzania naszego bloga i strony internetowej: www.mclong.webs.com