Johannesburgh, Pretoria
16 czerwca rano wyladowalismy na afrykanskiej ziemi, w Johannesburghu w RPA.
Na lotnisku dostalismy (bezplatne) wizy na 1 miesiac. Czekala na nas Ri, przemila nowa znajoma z Couch Surfing, ktora zabrala nas do siebie, do Pretorii.
Pogoda jak polska jesien, dookola sucha trawa i pomaranczowo - slomiany krajobraz, tylko co wieksze rosliny i drzewa pozostaly zielone.
Pretoria z daleka przywitala nas bardzo ladna panorama. Na tle zielono - pozolklych drzew wynurzaja sie wiezowce, najczesciej w ceglastym kolorze, takie staromodne, nie jak nowoczesne szklane drapacze chmur, a raczej jak zwykle mieszkalne wielopietrowce porozrzucane po licznych wzgorzach.
Ri okazala sie przemila. Dala nam caly pokoj do dyspozycji, gdzie szybko sie rozgoscilismy i rzucilismy na lozko by odespac ostania meczaca noc. Wieczorem poszlismy na kolacje do lokalnego baru, jedlismy pyszny smazony ryz z kolorowymi paskami rozmaitych warzyw.
Nastepnego dnia udalimsy sie w pierwszej kolejnosci do Ambasady Namibii by zlozyc podanie o wizy. Spacer byl dosc dlugi i przyjemy, choc zobaczenie mieszklanych dzielnic Pretorii bylo dosc szokujacym wydarzeniem. Bylismy bowiem przygotowani na domy z okratowanymi oknami i to wszytko co czynia mieszkancy miast o wysokiej przestepczosci, by sie odgrodzic od tego tak groznego rzekomo swiata, ale te istne zasieki mimo wszytko nas - co najmniej - zadziwily. Kraty w oknach i podwojnych drzwiach, ogrodzenia (najczesciej wysokie mury) wykonczone drutem kolczastym (co najmniej pol - metrowym) lub drutami pod wysokim napieciem, liczne znaki ostrzegawcze: Armed responce (reakcja bronia)... Wszystkie te zasieki sprawily, ze poczulismy sie naprawde nieswojo.
Po drodze, pomijajac zasieki, zobaczylismy wiele pieknych budowli, takich jak ogromny Union Building na wzgorzu, gdzie obraduje poludniowoafrykanski parlament. Budynek otoczony jest uroczym parkiem.
W Ambasadzie namibijskiej zlozylismy podanie o wize, ktora miala byc do odebrania nastepnego dnia.
Udalismy sie na dworzec, by kupic bilety na dalsza podroz.
W drodze na stacje po bilety zwiedzilimy cale centrum miasta. Church Square jest najbardzej reprezentacyjna jego czescia, gdzie przecinaja sie glowne arterie miejskie i gdzie zycie tetni na calego. Dookola zas niesamowity ruch na ulicach, klaksony mini-taksowek (minibusy) zachecajacych do skorzystania z ich uslug, wielkich dwupietrowych autobusow miejskich probujacych przecisnac sie przez ten tlum.
Nieco pozniej zwiedzilismy Muzeum Kultury Poludniowoafrykanskiej, bardzo ciekawe wystawy od prehistorii do czasow apartheidu i wspolczesnosci. Plus kilka osobliwosci, np. posiwieconych historii papierosow.
Ze stacji wrocilismy na nogach do mieszkania Ri na przeciwnym krancu miasta. Niezle sie tego dnia uchodzilismy, a dzieki temu bardzo duzo Pretorii zobaczylismy.
Wiekszosc mieszkancow mieszka tu w blokach, tak jak w polskich miastach. Sa tez przedmiescia, te bogatsze z domami jedno- i wielorodzinnymi oraz te biedniejsze z malutkimi chatkami, czy to z blachy czy to z cegly. Te biedniejsze jak sie latwo domyslic, nie sa wcale ogrodzone i nie maja krat w oknach...
Wieczorem Ri zrobila nam niespodzianke przygotowujac tradycyjny poludniowo ? afrykanski deser: Malva Pudding. Jest to przepyszne ciemne ciasto (smak jakby kakao z melasa) podawane na cieplo w polewie budyniowej o smaku waniliowym.
Nazajutrz udalismy sie znowu do Ambasady Namibii i odebralismy wize. Pozniej dalej zwiedzalismy miasto.
Za mostem kolejowym po drugiej stronie dworca glownego odkrylismy miedzy innymi inna Pretorie, z piaszczystym placem ukrytym w buszu, gdzie oferowane sa wszelakie uslugi w malych budkach lub po prostu na swiezym powietrzu: fryzjer, szewc, pucybut, fast food... Wszystko i to oczywiscie po odpowiednio mniejszych cenach niz w salonach i restauracjach po drugiej stronie.
Poznym popoludniem wrocilismy na Church Square i postanowilismy wziasc lokalny autobus do Ri. Ktos nam wskazal gdzie mamy czekac, wiec czekalismy. 'Jedyne' 40 minut pozniej, z pomoca przemilej Pretorianki, udalo nam sie wsiasc we wlasciwy autobus i dotrzec do Ri. W Afryce nic nie jest ponoc punkutalne, wiec nastawilismy sie na cierpliwosc. Ludzie sa za to niezwylke pomocni i mili, sami oferuja pomoc, zanim ich zapytasz. Kierowca autokaru zagadniety o kierunek zatrzymal pojazd, zgasil silnik i dokladnie nam wszsytko wylozyl. Inny kierowca mini - busika chcial nas zabrac na miejsce swoim prywatnym samochodem, gdyz jego firmowy busik akurat nie jezdzi w naszym kierunku... Caly czas natykalismy sie na przemile osoby, ktore rzucaly wszsytko by pomoc nam, 'biednym', zdezorientowanym turystom.
Wieczorem Ri zawiozla nas na stacje, skad wyruszylismy do naszej nastepnej destynacji w RPA: do Durbanu na wybrzezu Oceanu Indyjskiego. Mielismy przesiadke w Jo-Burghu, przez co zobaczylismy troche tego miasta. Sprawilo na nas wrazenie typowej zachodniej metropolii z reprezentacyjnymi budynkami i brudnymi zaulkami. Takie sobie wielkie miasto jakich wiele, ale az tak wiele, trzeba przyznac, w koncu tez nie widzielismy. Nadrobimy w lipcu, kiedy wrocimy tutaj na nasz lot do Singapuru.
Durban
Do Durbanu dotarlismy o godz. 5.00 rano. Jak sie okazalo w miescie wlasnie odbywa sie jakis super – wazny mecz rugby miedzy RPA a Lions’ami (zespol Wielkiej Brytanii i Irlandii) i wszystkie, ale to po prostu wszystkie noclegi sa zarezerwowane. Uratowal nas w koncu namiot. Hostel 'Ansteys Beach Backpaker' pozwolil nam sie rozlozyc w swoim ogrodzie. Jest on slicznie polozony na samej ogromnej, wspanialej plazy nad Oceanem Indyjskim, atmosfera wyluzowania i zrelaksowani goscie. Bardzo nam to wszystko przypadlo do gustu.
Rozlozylismy namiot, odswiezylismy sie i poszlismy na plaze. A co to za plaza! Czysta, piaszczysta, ciagnaca sie w niskonczonosc. Woda ciepla, wielkie fale, pelno surferow. No tak, pomyslelismy rownoczesnie, do takiej zimy to my bysmy mogli sie przyzwyczaic...
W pewnym momecie rozlegl sie glos syreny, wszescy pospiesznie wyszli z wody. Prawdopodobnie ratownicy dostrzegli rekiny. Jest co prawda siatka ochronna, ale w miejscu gdzie stykaja sie dwie siatki jest mozliwosc, ze jakas bestia sie przedostanie. Po okolo pol godziny droga byla wolna, znow mozna bylo sie kapac. I tu nagle cos niesamowitego! Na horyzoncie pojawily sie... wieloryby! Az zaparlo na dech, nie moglismy uwierzyc wlasnym oczom! Byly co prawda bardzo daleko, ale nawet z tej odleglosci mozna bylo docenic jak ogromne musialy byc. Kilka razy ukazal sie ogon, a kilka razy tulow i fontanna wody przy wydychanym powietrzu. Wrazenie nie do opisania po prostu... Zachwyceni poczekalismy na zachod slonca (to jednynie o 17.30 – jak to zima ;)) i poszlismy do namiotu. Co za dzien! Jakze wspaniale i cieplo przywital nas Ocean Indyjski.
Dolina 1000 Wzgorz
W niedziele spotkalismu sie z Lynne i Frankiem, z ktorymi miellismy kontakt przez Couch Surfing juz od dluzszego czasu, a z ktorymi jakos nie udalo nam sie skontaktowac przez ostatnie 2 dni. Zaproponowali bysmy spedzili dzien z nimi i zostali na noc u nich w Hilcrest (na polnoc od Durbanu) oraz ze odwiaza nas nastepnego dnia na autobus do Umtaty o 6.00 rano. Chetnie sie zgodzilismy.
Zabrali nas na cudna wycieczke po Dolinie 1000 Wzgorz. Widoki niesamowite, piekne niezliczone gory i gorki po horyzont gdzie okiem siegnac. I ta niesamowita cisza. Tylko ptaki gdzies wysoko i nic poza tym... Cisza. Wspaniale uczucie, az nie chcialo sie stad ruszac.
Pozniej pojechalismy do Parku Lwow. Dzikie zwierzeta, poza nielicznymi gatunkami (tj. ptaki i malpy), zyja w RPA tylko w ogrodzonych rezerwatach i do jednego z nich wlasnie sie udalismy.
Kluczylismy po buszu z tymi samymi urzekajacymi wzgorzami w tle po wyznaczonej, nieutwardzonej drodze. Zobaczylismy z daleka dwie zebry. Na horyzoncie, daleko w gore, pokazaly sie sylwetki czterech sloni. Serca od razu mocniej nam zabily... Co za widok! Tych majestatycznych, powolnych gigantow sunacych po sawannowym horyzoncie. Po dluzszym kluczeniu dotarlismy do tego dokladnie miejsca, gdzie z dolu widzielismy slonie i jak sie okazalo, one wciaz tam byly! Niesamowite zwierzeta, ich oczy sa takie madre i glebokie! Nagle jedna z samic wlozyla trabe do naszego samochodu, wywachala chyba jablko. Ta traba jest ogroooooomna! Dyszy, kapie z niej wodnista ciecz (slina? katar? ;)) i – ku naszemu zakoczeniu – jest owlosiona, takimi pojedynczymi, ostrymi, grubymi, czarnymi wlosami. W koncu znalazla jablko ale nie mogla do niego dostac. Nie poddawala sie jednak bestia. Cwierc auta: jedno miejsce, okno i tyl byla juz zapackana i mokra. W koncu towarzyszacy sloniom pracownik parku pozwolil dac nistrudzonej poszukiwaczce jablko, ktore myk! i momentalnie zniknelo w jej gardle. Co za wrazenia!!! Nie moglismy uwierzyc, ze oto wlasnie obszukal nas... slon. A raczej wspaniala, okazala (glodna) pani slonica.
Czesc parku zamieszkana przez lwy, jest ogrodzona dodatkwa siatka. Lwy leza tam sobie i przechadzaja sie kolo samochodu, ktorym jedziesz, tuz, tuz przy tobie – na wyciagniecie reki. Widzielismy cala ich liczna rodzinke. Piekne, bardzo jasnej masci. Szkoda tylko ze nie zyja na wolnosci, tutaj nawet nie poluja, a sa po prostu karmione. Park jest co prawda bardzo duzy, nie ma klatek ani niczego w tym rodzaju, no ale koniec koncow, obszar odgrodzony jest od reszty swiata. A moze to i lepiej, ze odgrodzony jest od cywilizacji... Sa jednak parki w RPA, jak Park Kugera, gdzie zwierzeta zyja tak jak w naturalnych warunkach.
Przy wyjedzie z parku widzimy jeszcze nosorozca. Spacerowal sobie poza ogrodzeniem, az ciarki przechodzily, ale byl pod czujnym okiem dwoch opiekunow, wiec chyba wszystko bylo pod kontrola. Nastepna wielka, budzaca respekt bestia wielkosci naszego samochodu. Prawie powalil drzewo o ktore sie drapal. Emocji mielismy az za nadto kiedy opuszczalismy park...
ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:
www.mclong.webs.com


Sam bylem w Pretorji i Durbanie,to moj powrot w tamte strony,
a piekna ta czesc AFRYKI.Niezapomniane dni i tygodnie(3).
Dobrze powrocic do tych pieknych miejsc.
DZIEKUJE