Nasza podróż naprawdę się zaczęła, w co sami nie możemy jeszcze uwierzyc...
2 czerwca wylądowaliśmy w Shannon, w południowo-zachodniej Irlandii. Z lotniska ruszyliśmy w stronę Limericka, w prowincji Munster, nad rzeką Sionna (Shannon).
W drodze od razu zachwycił nas krajobraz: morze zieleni. Soczysta trawa rośnie i zieleni się tu przez cały rok.
Poza granicami miasta mijamy sielskie farmy, z kolorowymi domkami, blaszanymi stodołami, krowami, traktorami i belkami siana. Idylliczne zagrody. Do tego popielate ruiny obrośnięte bluszczem, porozrzucane to tu to tam. A to kawałek starej baszty, a to opuszczony domek z kamienia.
Limerick składa się ze starego, zabytkowego centrum i obszernego przedmieścia. Warte zwiedzenia sa: częściowo tylko zachowany (ściany, wierze i fortyfikacje) zamek Króla Jana z XIII w., położony nad samą rzeką oraz katedra św. Marii z XII w, która wraz z otaczającym ją starym cmentarzem w celtyckim stylu sprawia niesamowite, mroczne wrażenie.
Wiele jest rowniez innych bardzo starych kościołów i budowli z popielatego kamienia, wciśniętych między szeregowe, najczęściej jednopiętrowe domy, z licznymi pubami i sklepami na parterze.
Z ciekawostek: z Limericka pochodzi zespół The Cranberries.
Wykorzystując piękną pogodę przez pierwsze kilka dni, zwiedziliśmy nie tylko miasto, ale i jego okolice. Lekkie szlaki przez wsie, łąki i pola są idealne na kilkugodzinne spacery. Cisza, świeże powietrze, cudne widoki, bardzo... zielone oczywiście.
W piątek pojechaliśmy do Kilkee zobaczyć sławne klify na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego. Warto było!
W czasie odpływu zejść można tu na sam dół klifów, by zobaczyć obrośnięte różnymi roślinami i żyjątkami morskimi śliskie czarne skały, jaskinie z kapiącą ze sklepienia słoną wodą i niewielkie wodospady. Na górze nieustannie wieje silny wiatr, trawa jest miękka jak najwygodniejszy materac, aż zapada się pod stopami; a odgłosy, poza wiatrem, to fale uderzające o skały i brzmiące jak krzykliwe kłótnie skrzeczenie mew. Ocean ma kolor głębokiego granatu i jest ciągle bardziej lub mniej wzburzony. Wszystkiemu temu zawdzięczamy niesamowite wrażenie dotarcia gdzieś na koniec świata, gdzie natura jest zarazem zapierająco dech piękna i surowa.
Po południu zobaczyliśmy też latarnię morską w niedalekiej okolicy Loop Head. Niezbyt wielka, biała latarnia nadaje tej scenerii niby - wichrowych wzgórz wyrazu tajemniczości, jednocześnie nie odbierając nic z jej surowości.
Po okolicy rozrzucone są farmy, a w drodze powrotnej natknęliśmy się również na zrujnowany, stary cmentarz z ruinami kaplicy, piękną kamienną plażę z kutrami rybackimi oraz wysłużony, drewniany pub z szyldem informującym: 'najbliższy pub do Nowego Jorku'.
Na koniec pobytu chodziliśmy sobie znów po mieście i okolicy w pelerynach, gdyz podoga sie pogorszyla (czy raczej - wrocila do normy ;)) i spędzaliśmy miły czas z przyjaciolmi i Guinnessem.
Irlandia stała się dla nas symbolem idealnie współgrającej sielanki i surowości natury.
ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ:
www.mclong.webs.com


bo Irlandia jest piękna :)
Będziecie czasem dawać relacje z podróży do bloga na MMKrakow?
życzymy wspaniałych wrażeń i bezpiecznego powrotu do domu.