*

Opowieści z ... cz. V

Dodane 2008-04-12 20.26, komentarzy 1 - dodaj komentarz Miejsce: Podgórze Duchackie, Podgórze, Bieżanów, Prokocim Tagi: brak

Dopiero po kilku piwach nabrałem odwagi, aby podzielić się z przyjacielem, tym co mnie spotkało wczoraj wieczorem. Do tej pory rozmawialiśmy o pierdołach, dużo śmialiśmy się i żartowaliśmy. Koledzy z obiadu nigdy nie wrócili, co nas cieszyło. Na moje opowiadanie o karłach Michał zareagował jak prawdziwy przyjaciel:
- Za dużo tego shitu ziom. I Ci łeb fiksuje.
- Co ty man, nie tykam shitu od dawna. – Zripostowałem stanowczo.
- To nie wiem. Ale czegoś jest na pewno za dużo.
- Karłów jest za dużo. – Odpowiedziałem; oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

Potem sprawy potoczyły się już swoim torem. Alkohol przejął nad nami kontrolę. Pamiętam jak zamawialiśmy kebaby na ul. Floriańskiej, jak je jedliśmy nie pamiętam. Sądząc po plamach, nasze kurtki doskonale pamiętały kolację. Pamiętam, że wylądowaliśmy w Rentgenie. I tam poznałem Patrycję. Dziewczynę o dużych, słodkich oczach, krótkich i czarnych włosach. Dała mi swój numer telefonu. Wyczułem, że che żebym zadzwonił. I ja czułem wówczas, że będę chciał zadzwonić. Z Michałem rozstaliśmy się w stanie totalnego zanietrzeźwienia, co nie było dla nas nowością. Autopilot bezpiecznie doprowadził nas do naszych domów. Łóżko czekało na mnie, od rana niepościelone, a poduszka była miękka jak nigdy wcześniej.

Nazajutrz obudziłem się z ciężką głową, jak zwykle na kacu. Wykonałem rytualnie poranną kolejność rzeczy. Popijając kawę zapodałem dwa ibupromy dla ulżenia w bólu.
- „Goździkowa przypomina, na ból głowy – etopiryna.” – zanuciłem wesoło w myślach.
- Pani Goździkowa! Ratujże Pani! – Zawyłem.
Czułem ogromny głód, ale nic przełknąć nie mogłem, więc na śniadanie zjadłem dwa jabłka, co zaspokoiło mój żołądek. Przeglądając telefon i wczorajsze sms-y okazało się, że jestem umówiony z Patrycją dzisiaj o 19. Musiałem tylko sprecyzować miejsce. Po krótkiej wymianie sms-ów umówiliśmy się na Mały Rynek. Miałem sporo czasu do 19, więc postanowiłem, że w ciągu dnia kupię sobie kadzidełka i zjem obiad na mieście. Jak postanowiłem, tak uczyniłem. Jadąc tramwajem, na chwilę wróciłem myślami do sytuacji z karłami. Upewniłem się, tylko w przekonaniu o ich fikcji. Postanowiłem, że więcej nie będę wracał myślami do nich i definitywnie zamknąłem karlą sprawę w mojej głowie. Podróż do centrum mijała wyjątkowo powoli i w nadzwyczajnej ciszy. Zwykle o tej porze tramwaje pełne były głośnych gimnazjalistów i moherowych sąsiadek. Licytujących się, która jest bardziej chora. Tym razem, było zupełnie inaczej. Nikt nie zaszeptał, nikt nawet w miejscu nie zadreptał. Niecodzienną atmosferę wzbogacały podejrzliwe spojrzenia, wypatrujące obiektu do obserwacji i kanarów. Wlepiłem twarz w szybę, nie chcąc brać udziału w grze mimicznej, sam przeciwko wszystkim. Czas płynął wolno. Jeszcze wolniej. Przypomniała mi się, dawno zasłyszana myśl;
- Poruszając się z dużą prędkością czas płynie wolniej.
- Coś jest nie tak z czasem, albo przestrzenią. – Pomyślałem;
- Poruszając się z mała prędkością, przestrzeń się zwiększa, a czas płynie wolniej. – Postawiłem hipotezę i przez resztę trasy próbowałem ją, nieskutecznie udowodnić.
Prosto z przystanku poszedłem do bankomatu. Zabrakło mi powietrza w płucach.
- Jak można tyle przechlać jednego dnia?! – Retorycznie zapytałem sam siebie.
Zrezygnowałem z wonności na rzecz obiadu. Udałem się w stronę baru mlecznego przy ulicy Grodzkiej. Po drodze mijając mnóstwo kuglarzy, klaunów, lajkoników, smoków wawelskich, rycerzy, skrzypków i innej maści artystów ulicznych. Zanim dotarłem do jadłodajni skompletowałem gruby plik ulotek, zaproszeń, rabatów i reklam. Moje zainteresowanie wzbudziło jedynie podwójne zaproszenie do Cyrku, jaki właśnie przyjechał do miasta. Zaproszenie schowałem do kieszeni. Resztę makulatury wyrzuciłem, szczerze wzdychając za ściętymi drzewami, potrzebnymi do ich produkcji. Po skończonym posiłku udałem się na planty odsapnąć, zmęczony bardziej tłumem niż jedzeniem. Zadowolony ze znalezienia korzystnie zlokalizowanej i pustej ławki zapaliłem papierosa. I drugiego. Siedziałem tak chwilę nie myśląc o niczym, nie patrząc na nic. Czułem zadowolenie. Zamknąłem oczy wystawiając twarz na rzadkie promienie słoneczne, przebijające się przez korony starych drzew. Nagle usłyszałem:
- Palenie tytoniu wywołuje w mózgu wydzielanie się dopaminy, substancji, która odpowiada za uczucie zadowolenia. Palacz zapożycza to zadowolenie ze swojej przyszłości i zamienia je w problemy ze zdrowiem.
- Heh! – Uśmiechnąłem się, otwierając oczy.
Przede mną stał starszy człowiek w brunatnym płaszczu. Był wysoki, wyprostowany, o dumnych oczach. Jakie mają tylko weterani, podczas obchodów Święta Niepodległości. Ale wcale nie podzielał mojego uśmiechu. Twarz miał bardzo zniszczoną, zmęczona życiem. Zmarszczoną jak „palacz” z serialu „Z Archiwum X”. Na jego szyi, zaraz nad białym kołnierzem i krawatem zawiązanym z żołnierską precyzją, spostrzegłem rurkę wychodzącą z tchawicy.
- Oo. – wykrztusiłem; patrząc mu prosto w oczy.
Mężczyzna delikatnie skinął głową, w geście zrozumienia i powoli, acz płynnie odszedł. Pociągnąłem jeszcze dwa razy i zgasiłem połówkę papierosa.

zgłoś nadużycie
Komentarze
kasiaaa720 kasiaaa720
Dodane

Świetne..

Dodaj swój komentarz: